Na majówkę zabłądziliśmy na Mazury. PG nigdy nie lubiła komarów, jezior oraz bujania łódką.
Wybrała się zatem z rAnną w drogę samochodem maleńkim, acz pakownym, upakowanym do granic możliwości, na tylnym siedzeniu Ola i EN prowadzili dyskusję cichszą i głośniejszą na tematy współczesnych zagrożeń społecznych oraz stanie dróg na Euro. Krzysztof H, co czas jakiś powtarzał, że są poza trasą (wszyscy, nie tylko dzieci) i że nowa będzie lepsza. Nie wiadomo, czy chodziło o drogi lepsze na Euro, czy ogólnie jakąś drogę życiową. Najbardziej drażliwym jest zawsze przejazd przez Warszawę..taaa. Nie dla rAnny, można powiedzieć, że jak weszła w próg przed Warszawą to po 20 minutach była w Jabłonnej.
Po (nomen omen) drodze, El Nino chcąc sprawdzić gatunek kawy parzonej na stacjach benzynowych wylał zawartość na matkę, jednocześnie kontrolując jak szybko jest ona w stanie przebrać się w toalecie, w której lepiej niczego nie dotykać.
I w końcu był las, zielony, zieleńszy, jeszcze zieleńszy i była leśniczówka w tym lesie.
I byli Państwo Szczególni bo ze stolycy.
I była kwatera Hitlera w Wilczym Szańcu i bujanie delikatne na łódeczce i był wypoczynek, gdy rAnna zaproponowała PG, że weźmie jej syna na spacer do wioseczki.
Minęła godzina.
-Gdzie jesteś? -spytała PG do telefonu, który dopiero co znalazl zasięg a nie było to wiele trudniejsze niż szukanie Bursztynowej Komnaty.
Po drugiej stronie słychać było coś jak sapanie.
-Ania, co jest?
(i tu nastąpi zamiana słów na cenzuralne)
-Wybrałam się na j.....jakiś tam spacerek do po...jedyńczej wioseczki po za...suchym piaseczku, a ta wioseczka jest 3 km od chałupy! Zaj...uroczy spacerek sobie zafundowałam, ciągnę wóz jakiejś Saharze żyły m już na rekach wyszły, powieka drga...
Pewnego zaś poranka obudził PG krzyk..niezidentyfikowany, rozrywający krzyk ..żurawi. Podeszła do okna, mieszczącego się w dachu. Przez okno ukazał się widok czarowny: znad łąki podnosiła się błękitna mgła, w trawie , we mgle stały dwa żurawie..krzycząc.
I oto piękno poranka burzy nieco sylwetka gospodarza domu, który podbiega do płotu na skraju łąki i ni to krzykiem ni to szeptem mocno scenicznym w trosce o śpiących o 5.00 domowników przemawia do zanurzonych w magi poranka ptaków:
-Poszły skur..syny!
Na co tamte pokrzykują jeszcze.
I oto obraz ów nabiera nieco dramatyzmu, gospodarz wbiega na łąkę, podąża w kierunku ptactwa a w rekach dzierży..łańcuchy i po chwili wymachuje nimi w dramatycznym tańcu nadal złorzecząc kogoś, kto zniósł kiedyś te jaja.
-Zastanawiam się-powie PG nad poranną kawą do rAnny-dlaczego w ofercie nic nie pisali o tym,ze gospodarz biega rano z łańcuchami po polu?
Uroczo, uroczo w tej mazurskiej kniei.
Wybrała się zatem z rAnną w drogę samochodem maleńkim, acz pakownym, upakowanym do granic możliwości, na tylnym siedzeniu Ola i EN prowadzili dyskusję cichszą i głośniejszą na tematy współczesnych zagrożeń społecznych oraz stanie dróg na Euro. Krzysztof H, co czas jakiś powtarzał, że są poza trasą (wszyscy, nie tylko dzieci) i że nowa będzie lepsza. Nie wiadomo, czy chodziło o drogi lepsze na Euro, czy ogólnie jakąś drogę życiową. Najbardziej drażliwym jest zawsze przejazd przez Warszawę..taaa. Nie dla rAnny, można powiedzieć, że jak weszła w próg przed Warszawą to po 20 minutach była w Jabłonnej.
Po (nomen omen) drodze, El Nino chcąc sprawdzić gatunek kawy parzonej na stacjach benzynowych wylał zawartość na matkę, jednocześnie kontrolując jak szybko jest ona w stanie przebrać się w toalecie, w której lepiej niczego nie dotykać.
I w końcu był las, zielony, zieleńszy, jeszcze zieleńszy i była leśniczówka w tym lesie.
I byli Państwo Szczególni bo ze stolycy.
I była kwatera Hitlera w Wilczym Szańcu i bujanie delikatne na łódeczce i był wypoczynek, gdy rAnna zaproponowała PG, że weźmie jej syna na spacer do wioseczki.
Minęła godzina.
-Gdzie jesteś? -spytała PG do telefonu, który dopiero co znalazl zasięg a nie było to wiele trudniejsze niż szukanie Bursztynowej Komnaty.
Po drugiej stronie słychać było coś jak sapanie.
-Ania, co jest?
(i tu nastąpi zamiana słów na cenzuralne)
-Wybrałam się na j.....jakiś tam spacerek do po...jedyńczej wioseczki po za...suchym piaseczku, a ta wioseczka jest 3 km od chałupy! Zaj...uroczy spacerek sobie zafundowałam, ciągnę wóz jakiejś Saharze żyły m już na rekach wyszły, powieka drga...
Pewnego zaś poranka obudził PG krzyk..niezidentyfikowany, rozrywający krzyk ..żurawi. Podeszła do okna, mieszczącego się w dachu. Przez okno ukazał się widok czarowny: znad łąki podnosiła się błękitna mgła, w trawie , we mgle stały dwa żurawie..krzycząc.
I oto piękno poranka burzy nieco sylwetka gospodarza domu, który podbiega do płotu na skraju łąki i ni to krzykiem ni to szeptem mocno scenicznym w trosce o śpiących o 5.00 domowników przemawia do zanurzonych w magi poranka ptaków:
-Poszły skur..syny!
Na co tamte pokrzykują jeszcze.
I oto obraz ów nabiera nieco dramatyzmu, gospodarz wbiega na łąkę, podąża w kierunku ptactwa a w rekach dzierży..łańcuchy i po chwili wymachuje nimi w dramatycznym tańcu nadal złorzecząc kogoś, kto zniósł kiedyś te jaja.
-Zastanawiam się-powie PG nad poranną kawą do rAnny-dlaczego w ofercie nic nie pisali o tym,ze gospodarz biega rano z łańcuchami po polu?
Uroczo, uroczo w tej mazurskiej kniei.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz