poniedziałek, 29 lutego 2016

w poczekalni w dzień targowy (?!) takie słyszy się rozmowy....

Spędziwszy swoje w poczekalni przed drzwiami lekarza PG chcąc-niechcąc wysłuchała rozmów dwóch pań...chcąc...a głownie nie chcąc...

-Co tam Merkel narobiła?no co narobiła?-zatroskała się Pani 1-Widziała pani tych Syryjczyków? Czemu oni w głab Afryki nie uciekają tylko do nas?

-Do nas to nie, do Niemiec chcą, do Ruskich to płaczą, że nie chcą, tylko socjal, socjal, socjal, zdrowe jak konie! -odpowiedziała Pani 2 a to przeciez inna kultura jest! Wie pani?!

-No wiem wiem-odparła Pani 1- dzika kultura!

-No nie dzika! INNA!-wyraziła pogląd tolerancyjny Pani2 - Ogląda pani ten serial o Sulejmanach? To inni ludzie są!

 

 

Gdyby ktoś miał wątpliwości z Turcji naciera na nas sułtan Sulejman z całym haremem, ale , że to nie pierwszy raz kiedy Turcy na Polaka to spoko, luz, prosimy o spokój!

 

środa, 24 lutego 2016

Praca jak praca

Podczas wypełniania testu student:

-To trzeba oznaczyć ptaszkiem?

Głos z sali

-Lepiej długopisem oznacz.

 

PG ma problem z zachowaniem powagi.

środa, 17 lutego 2016

Wieczorne przytulanki

-Opowiedz mi coś ładnego-prosi PG EN leżącego tuż obok już w piżamce.

EN marszczy brewki i po chwili opowiada coś ładnego:

-Ptaszki.

Po czym odwraca się na bok i natychmiast zasypia.

wtorek, 9 lutego 2016

Nie mogę spać to popiszę...

Próbną maturę z biologii razem z przejaciElką oblałyśmy. Nie, nie to, żebyśmy popisały głupoty. Zwyczajnie nic nie napisałyśmy i zdecydowały się opuścić salę egzaminacyjną zaraz po wynotowaniu pytań. Zdecydowałyśmy dzień wcześniej, a konsekwencji nam w tym nie brakowało. Dzięki czemu: po pierwsze pani od biologii się na nas obraziła, a po drugie za karę musiałyśmy wykuć genetykę do tego stopnia, że przed prawdziwą maturą umiałam krzyżować chyba wszystko z wszystkim. Na tej prwdziwej maturze poszło już jakby lepiej i do dziś dziekuję Panu Bogu na niebie, że na ustnej, tuż przed wejściem dopadł mnie ..ślimak, przeczytałam o nim ile weszło, żeby następnie ślimaka "opowiedzieć" po wylosowaniu kilka minut później. Polski poszedł superdobrze..choć apropos losowania wylosowałam trzecią bodaj ławkę.

Na studia wybrałyśmy się we cztery, jeszcze koleżanki z podstawówki, a że były to czasy, w których zdawało się egzaminy (nawet KILKA) i osób było na miejsce nawet kilka to..dostałyśmy się dwie. Pamiętam, że na ustnym z biologii coś bredziłam, a potem doznałam niemal wstrząsu, gdy zdałam z lokatą "dobry". Wiadomość o dostaniu się przyjęłam z niekłamanym...płaczem. Rodzice byli przekonani, że nie poszło, a ja, że bez najbliższej mi koleżanki dalsza edukacja straciła sens. Postanowiłam jednak zostać. Początek studiowania do przeprowadzka do samego centrum Katowic, 4 przecznice od wydziału (jakoś nigdy daleko do szkoły nie miałam, poza czasem gdy pociągami PKP pierwszy semestr jeździlam jeszcze na stare śmiecie). Z tego czasu pamiętam poczucie zagubienia, obcości i zmęczenie, bo niejednokrotnie po filozofii ("co wy wiecie o filozofii?nic nie wiecie, bo debilami jesteście") o 20, wracałam do domu pociągiem 21.30 (a dworzec w Katowicach do najprzyjemniejszych nie należał i w zasadzie do dziś nie rozumiem, dlaczego nikt nie pomyślał, żeby te powroty policzyć za praktyki), a następy dzień zaczynałam biochemią o 8 i pociągiem tuż po 6. Pamiętam, że podczas pierwszej sesji wypiłam pierwszą w życiu kawę, uczyłam się do drugiej w nocy i zdałam na 4. Ale pamiętam też, że mieliśmy poczucie, że tak ma być, że to nie ma być łatwe, a trudne, i do dziś uważam, ze przeczołganie przez pierwsze dwa lata ma niewątpliwy walor wychowawczy. Na studiach  poznałam KA, na początku chyba nie szła nam specjalnie ta znajomość, ale potem się "dotarłyśmy". KA miała niemal męskie spojrzenie na życie, praktyczne plany zawodowe i mieszkała w akademiku. KA poznała mnie korespondencyjnie z PM ale to juz inna historia...W zasadzie trzymałyśmy się we trzy, bo była również PięknaWojna i trio się niemal doskonale uzupełniało. Nie przypominam sobie, żebyśmy wiodły życie akademickie w potocznym pojęcia rozumieniu...tzn na pewno nie było tak, żeby sie któraś obudziła obok kogoś po wcześniejszej imprezie. O co to to to to nie! Prowadziłyśmy się dobrze i siebie na wzajem umiałyśmy rónież wyprostować, gdy zachodziła konieczna potrzeba. Z akademika pamiętam wieczory które urządzałyśmy sobie we trójkę (mieszałyśmy wino z ...kisielem..być może wytrzymałośc żoładków miała związek ze wspomnianym wcześniej Czarnobylem), czasem gotowałyśmy sobie ryż z sosem i jadły pałeczkami, czasem ktoś przyniósł spirytus (ale piła tylko KA która tu bywa:) ).

Na roku mieliśmy różnych ludzi, była córka posła, (przesympatyczna zresztą, która jedyna miała auto i czasem pomykałyśmy cinquecento), były dzieciaki ślązaki (tu wspomnienie dr R., która pod tablicą uczyła niejaką Joasię wymowy słowa pedaGOgika, a tamta z uporem powtarzała PEDAGOgika), były dziewczyny z różnych gmin wyznaniowych, trochę policyjnych dzieci i trochę różnych różności. Mieliśmy świetnych nauczycieli. Różnych , przeróżnych, wymagających, trochę dziwnych, takich z pasją i nieco pokręconych. Nie powiem złego słowa o swojej AlmaMater z tego okresu i jakoś z perspektywy czasu uważam, że wiele rzeczy, które tam sie działy miały charakter czegoś spójnego i holistycznego. Najtrudniejsze wspomnienie to praktyki w psychiatryku (i na koloniach...nie wiem co gorsze?), najmilsze to referat o efekcie wysokościowym i postać promotora. Pod koniec studiów zaczęłyśmy z Wojną pracę w drukarni. Nocki, dość dobrze płatne przy pakowaniu materiałów, hala wypełniona hukiem, masa ludzi, termos z kawą na środku stołu i głupawka nad ranem. Potem biegło się do domu, brało prysznic i szło na zajęcia. Pamiętam, że za pierwszą wypłatę pojechałyśmy sobie we dwie na wycieczkę..do Gdańska :) Za pierwsze stypendium kupiłam błekitne mustangi i sweter, który KA skrytykowała (tak, jest se se se ..pamiętam, KA!).

Na ostatnim roku studiów zaczęłam wolontariat i poznałam pierwszego swojego szefa, o którym do dziś mówię "Guru." Poznałam też Aspi, ale to już inna historia. W tym samym roku, jesienią poszłyśmy z koleżanką na profilaktyczne badania i znaleziono u mnie guz piersi. Pamiętam moją mamę, jak stoi przede mną i mówi, że będzie dobrze, a ja tak strasznie się boję. Szpital Górniczy, przeogromny moloch, na którymś piętrze chirurgia szczękowa, sprawiała, że w windzie jeździli pacjenci, z kórych buzi wystawały druty, szyny i dawało to industrialne, niemal futurystyczne wrażenie..zabieg. Ja i jeszcze dwie pacjentki, starsze ode mnie z 15, 20 lat. Potem lekarz, który odwiózł mnie do domu i czekanie na histopatologię. Stoję przed lustrem po zdjęciu opatruku i patrzę na posiniaczoną zielono niebieską część klatki piersiowej, płaczę...ale..

Jest dobrze..

Trzy miesiace później ląduję w tym samym szpitalu, bo na tarczycy mam guza wielkości dojrzałej śliwki. Operuje mnie ten sam chirurg, świetny specjalista, przed operacją mówi "istnieje ryzyko NIEWIELKIE uszkodzenia strun głosowych"-"co wtedy?"-pytam-"wtedy nie będziesz mówić,..ale zaufaj mi trochę" Ufam. Z operacji pamiętam dwie rzeczy..usypianie, gdy miałam poczucie, że zapadam się w miękkie, przyjazne, ciemne coś ..z bąbelkami powietrza i budzenie, gdy z trudem otwieram powieki i czuję przeszywający ból na szyi. "jesteś?"-pyta mój chirurg-"to dobrze"

Na sali leżę z Panią Józefą..Pani Józefa ma ponad 80 lat i jest tu sama. Opowiada mi podczas tego naszego współlokatorstwa niemal całe swoje życie i jest to opowieść lepsza niż niejedna książka. Opowiada o swoim dzieciństwie i o tym, że, gdy była panienką dała Cyganiątku kawałek chleba, w zamian za co jego mama wywróżyła jej trafnie, że poodgląda świat, umawiamy się z Panią Józefą, że będziemy pisać do siebie i tak rzeczywiście jest. Długo po wyjściu ze szpitala dostaję listy kaligrafowane na przewojenną modłę. Listy ciepłe i ciekawe jak opowiadania Pani Józefy.

Ten pobyt  w szpitalu dał mi jeszcze jedną lekcję. Bo...pozwolę sobie wrócić do mojego Pana Chirurga. Świetny specjalista, dystyngowany, elegancki pan, dziś już bodaj ordynator, plotki glosiły, że pochodził z rodziny, które określało się jako "elitarne" a dzieci z nich pochodzące od pokoleń uprawiały albo prawo albo medycynę i przy tym...wierzcie mi...zjawisko niespotykane:były dobrze wychowane! Ponieważ Pani Józefa nie miała rodziny na miejscu..co rano Pan Chirurg przynosił jej gerbera lub..bułeczkę witając od progu słowami "a gdzież jest moja ulubiona pacjentka/dziewczyna?", Pani Józefa uśmiechała się jak młoda dziewczyna, Pan Doktor całował rączkę i życząc zdrowia wszystkim uciekał na dyżur.

I...wielu potem poznałam doktorów, profesorów, specjalistów.. a tamto wydaje mi się jakoś szczególnie szczególne.

I myślę, że warto, nawet, gdy spotykasz się z zimnem, wyrachowaniem, cwaniactwem, warto tak...cenić spotkania z ludźmi, jak on cenił, bo choć Pani Józefy już nie ma to w moich oczach jeszcze się odbija najwyższy szacunek dla takiej małej-wielkiej dobroci i ogoromnej klasy Pana Doktora. To się nazywa "być kimś".

czwartek, 4 lutego 2016

2.

A potem było liceum i dowiedziałam sie z dużym rozmachem, dlaczego o Katowicach mówiło się "stolica metalu". Jakoś na samym początku szkoły średniej zaczęliśmy jeździć na koncerty. Gdy wspominam to z jakimś rozrzewnieniem to myslę, że ...akt odwgi to był ze strony moich rodziców, akt wielkiej odwagi albo ogromnej nieświadomości. :) Jakoś na sam początek lat 90 przypada dychotomia na punków, metali I skinów, zaraz potem zaczęli budzić się .."neohipisi". Pamiętam, jak jakoś w liceum wpadła mi do rąk ksiażka Wójcika "Od hipisów do stanistów", pamiętam myśl ..."jakie brednie on tam pisze" i pamiętam język, który teraz jest dla mnie równy tej dychotomii :) sprzed kilku linijek.

W liceum znalazła się grupka dziewczyn tak jak ja noszących koszule w kratkę, obcisłe spodnie, długie buty i rzemyki. (Dzisiaj to jakieś staromodne, ale wtedy nastolatki najczęściej nosiły rzemyki i srebrne bransoletki. Nie przypominam sobie, żebym wtedy malowała choćby paznokcie..) Trudno było zdobyć koszulki z kolorowymi nadrukami zespołów, ale pamiętam, że Iwona miała bardzo zdolnego kuzyna, który na plecach katany (tak jest dżinsowej katany) DŁUGOPISEM wymalował jej bardzo udanego Eddiego z Iron Maiden!!!

Ta subkulturowa młodość wcale nie była taka straszna, jak pisano w podręcznikach patologii społecznej. Ktoś brał, czyjś chłopak rzucił sie z wierzowca, ale na ogół spotykaliśmy się w kilka osób, dużo śmiali i z perspektywy czasu nie wiem czy śmiać się z tych jakże mądrych przemyśleń czy żałować że nigdy potem nie spotkałam tak różnych charakterów. To jest taki czas w życiu człowieka, gdy jest tak bosko zakochany w świecie, że nawet gdy go nienawidzi to w jakiś pięknie szczery sposób. Był Tomek, na którego wołali zupełnie inaczej, który słuchał Doorsów i miał idealistyczne podejście do świata, świat nie był zły, tylko...zagubiony. Tomek trochę też, ale uwielbiałam te jego nastroje od melancholii do "kurwy" rzuconej podłemu światu dorosłych. Anka, z dłuuugimi rudymi włosami tak zamyślona, zakochana, delikatna, poraniona wreszcie, gdy w wieku 16 lat wyprowadziła sie do babci, żeby nie patrzeć jak ojciec wszystkich bije. Wojciech grał na gitarze. Zespól nosił szumną nazwę Bunkier7 i grał muzykę...oględnie mówiąc o swobodnie rozumienejj linii melodycznej. Towarzysko pojechaliśmy kiedyś na ich koncert...trzeba było myśleć o czymś innym, żeby nie zwariować. I bracia, którzy zakochali się w jednej dziewczynie i obaj wysiadywali RAZEM na wiadukcie nieopodal jej domu i Marcin, który podrywał babcie w autobucie słowami Liroya "mam do pani pewną sprawę..nie będę ściemniał..chodzi o zabawę" (a babcia na to "ależ z pana figlarz!") i wielu wielu innych. Młodzież szwędała się, przesiadywała w Chacie u brata :) (ot lokalny koloryt) gdzie można było spróbować trawki niechcąco, bo takie było stężenie słodkiego dymu w środku, ze wchłaniało się to chyba i przez skórę, jeździła na koncerty (obowiązkowa Rawa Blues, Metalmania a i coś większego od wielkiego dzwona) i kiedyś całkiem niechcąco..broniła pomnika.

Bo trzeba Wam wiedzieć, że w centrum  Dąbrowy Górniczej stał pomnik poświęcony  Bohaterom Czerwonych Sztandarów, który na mocy zmieniającego się klimatu zdecydowano się wyburzyć.I wtedy ta subkulturowa jakże młodzież sama z siebie wymyśliła, że nie można im zabierać czegoś, co było w ich dzieciństwie i ...sama pokolorowała pomniczek poświęcając go Jimmiemu Hendrixowi. Pomalowali i..pilnowali, w samym centrum miasta, na odkrytej przestrzeni dzień i noc pilnowano pomnika. Ludzie przynosili sobie śpiwory, spedzali tam mnustwo czasu, zeby uniemożliwić wysadzenie pomnika. Pamiętam że dla mnie to było wtedy godne podziwu i patrzyłam na to trochę jak na wyczyn, wojnę o jakiś wyższy cel ...byłam w pierwszej klasie liceum :)

Pomnik ocalał, stoi do dziś...Cobain zamieszkał na parterze. :)

dabrowa_gornicza_pomnik_bohaterow_czerwonych_resized

wtorek, 2 lutego 2016

Każdy ucieka do takich miejsc..w PEWNYM wieku :) 1.

https://youtu.be/VrZ4sMRYimw

Zaczęło się Offspringiem i tekstem :

"Gdy byliśmy młodzi, nasza przyszłość była taka jasna
Stara dzielnica zaś tętniła życiem
I każdy dzieciak z tej cholernej ulicy
Planował coś osiągnąć i się nie dać
Dziś dzielnica jest już zniszczona i rozdarta
Dzieciaki są dorosłe"
Gdy byliśmy tacy młodzi ..mieszkaliśmy w Zagłębiu. Zagłębie to takie COŚ obok Śląska, część GOPu, te..ech dwadzieścia kilka lat temu bardzo szare i bardzo betonowe.W GOPie żyło się nie w przekonaniu, że się jest dzieckiem pokrzywdzonym skażeniem środowiska* ale ..zupełnie normalnie. Trochę więcej nas uczono o górnictwie,zabierano do fabryk, trochę więcej było kominów na horyzoncie, a w najmniejszej nawet dzielnicy były po trzy, cztery nieźle prosperujące kopalnie/fabryki/przetwórnie/ do wyboru i koloru. Niektórzy na pierwszy dzień szkoły dostawali tytę wypełnioną słodyczami(pewnie czekoladopodobnymi ale kto by wtedy grymasił). Bawiliśmy się jak wszycy wtedy na placach przed blokiem, na podwórkach albo..na ulicy, zwyczajnie, bez lęków o nasze bezpieczeństwo z systemem przywoływania przez okno. Jedni mieli więcej, inni mniej, ale dzieci chyba nie różniły się tak bardzo od dzisiejszych, może mniej nam do szczęścia trzeba było? Nikt nie kojarzył rakiet na placach zabaw z promocją wyścigu zbrojeń (to usłyszałam niedawno), czasem chodziliśmy do opuszczonego, starego pożydowskiego domu z modrzewiu na Warszawskiej. Trzeszczały podłogi w wielkich pokojach, pachniało stęchlizną (nie lubię do dziś tego zapachu), czasem bawiliśmy sie w fundamentach nowo budowanych bloków z wielkiej płyty. Pamiętam że w kałużach zbierała sie woda bordowa od gliny. Częściej dziewczyny skakały w gumę, a po lekcjach wszyscy spotykali się na szkolnym boisku..pokopać piłkę, gdy ktoś akurat miał.

Z boiska szkolnego mam jeszcze jedno wspomnienie..gdy na przerwie zauważyliśmy piękna tęczę..płasko rozpostartą na niebie..podziw i pokazywanie palcami..i smak jodu póżniej bo tęcza była z Czarnobyla.

Wieczorami przez otwarte okno pachniały drzewa z ogrodu sąsiada i słychać było pociągi, choć wtedy nie specjalnie obchodziło mnie, że stary (dziś już zrujnowany) dworzec był częścią Kolei Wiedeńskiej, która tamtędy wiodła. Nad ranem, jeśli było przed deszczem, w powietrzu unosił się..smród z leżącej nieopodal fabryki chemikaliów, nad hutą niebo było zwykle czerwone. Wszystkie dzieci wiedziały, gdzie w czasie wojny powieszono Polaków za pomaganie żydom, mało kto mówił, gdzie dokładnie było getto , a było niedaleko. Wiele domów miało swoją historię pozakręcaną w zawijasach kutych poręczy we wzorach drewnianych drzwi. W moim domu, na bocznej ścianie była cegła, którą można było wyjąć, o której Babcia-nie babcia mówiła, że ktoś tam chował broń we wojnę.Na strychu było lustro, w które bałam się patrzeć a dach domu z czerwonej cegły pachniał papą i smołą i absolutnie nie wolno było wyglądać samemu przez zdejmowany świetlik..co wielokrotnie czyniłam.

Na tej samej Warszawskiej z okienka pan w białym kitlu sprzedawał lody śmietankowe. W niedzielę chodziłyśmy do kina z koleżankami i do dziś pamiętam....czyszczenie czarnych lakierek z paseczkiem tuż przed wejściem. A czarne lakierki pięknie pasowały do białych podkolanek !:) Czasem szliśmy do kina ze szkoły, na ogół na film o rosyjskich gierojach i każdy śmiech był surowo upominany, popcornem nikt nie kruszył..bo nie było:) Raz w tygodniu odbywały sie lekcje religii ..w salkach przy kościele. Była to okazja do pobycia w innym miejscu całą grupą, chyba podchodziliśmy do tego dość poważnie, pomijając jeden pogrzeb który ku przerażeniu siostry (chyba) Chryzanty wyprawiliśmy całą klasą wróblowi (był krzyż i trumna, był nawet wybrany w wolnych wyborach "ksiądz", żałobnicy i wieniec z kwiatków. Chodziliśmy za to powaznie na majowe i roraty, to nie był "obciach" ale raczej poważnie traktowana część kilkuletniego życia. Nasza podstawówka należała do tysiąclatek, krojonych od jednego wzoru, do tego stopnia, że przebywajac w innej miało się swoiste daja vu i od razu wiadomo było gdzie sekretariat a gdzie biblioteka. I były prysznice! Chyba nikt nigdy z nich nie korzystał, ale odbywał sie tam swoisty rytuał fluoryzacji. Szkoła trzymała poziom, co roku miała olimpijczyków i wypuszczała nas do szkół średnich na prawdę dobrze przygotoanych i.... przywiązywano wtedy wielką wagę do kultury fizycznej. Mieliśmy dobrą drużynę koszykówki i miliony godzin na SKSach. Do dziś mam słabość do pomarańczowej piłki.Do końca podstawówki mieliśmy obowiązek ubierania się w kolorze biel/granat/czerń i noszenia tarcz z numerem szkoły na ramieniu.

W poniedziałki zawsze o 8 były apele. Przewodniczący klas zdawali stan klasy przewodniczącej/cemu szkoły a ten dyrektorowi. Dzisiaj to wydaje się ..dziwne. Potem był hymn szkoły "wszystko co nasze Polsce oddamy" i sprawy bieżąe, na ogół nudy, ewentualnie jakieś tam uczczenie czegoś...na przerwach nie wolno było biegać, a gdy ktoś mocno przesadził obowiązywał system spacerów parami w kółko dla wszystkich(fajnie, nie? trochę jak w ZK). Mieliśmy świetnie na owe czasy wyposażone sale i przeróżnych nauczycieli, raz w tygodniu każda klasa sprzątała teren wokół szkoły z grabkami, nie było źle....nie odczuwalismy tego jako krzywdzące....

 

Wiecie dlaczego tak dopadły mnie wspomnienia? Wczoraj byłam na badaniach, zawsze się tego okrutnie boję i myślę, o jakimś bezpiecznym miejscu do ucieczki z uwagą, myślami...

 

A dzisiaj...mam studentkę, nazwijmy ją...Śnieżka. Bo własnie tak wygląda ma alabastrową skórę, ciemne włosy, kształtny nosek i piękne karminowe usta. Śnieżka jest taka ...biała, bo przeszła nowotwór. Nie boi się o tym mówić, czasem na zajęciach do tego wracaliśmy, bo jak sama mówi, najgorsze jak sie ludzie boją mówić. Dzisiaj pisała egzamin, po zakończonym powiedziałą,że ...wraca na oddział. Jakoś....boję się o Śnieżkę, mam nadzieję, że jest dzielna i ma swoje bezpieczne miejsce na myśli.Trzymajcie kciuki, jak kto umie, może niech westchnie do Szefa.