Próbną maturę z biologii razem z przejaciElką oblałyśmy. Nie, nie to, żebyśmy popisały głupoty. Zwyczajnie nic nie napisałyśmy i zdecydowały się opuścić salę egzaminacyjną zaraz po wynotowaniu pytań. Zdecydowałyśmy dzień wcześniej, a konsekwencji nam w tym nie brakowało. Dzięki czemu: po pierwsze pani od biologii się na nas obraziła, a po drugie za karę musiałyśmy wykuć genetykę do tego stopnia, że przed prawdziwą maturą umiałam krzyżować chyba wszystko z wszystkim. Na tej prwdziwej maturze poszło już jakby lepiej i do dziś dziekuję Panu Bogu na niebie, że na ustnej, tuż przed wejściem dopadł mnie ..ślimak, przeczytałam o nim ile weszło, żeby następnie ślimaka "opowiedzieć" po wylosowaniu kilka minut później. Polski poszedł superdobrze..choć apropos losowania wylosowałam trzecią bodaj ławkę.
Na studia wybrałyśmy się we cztery, jeszcze koleżanki z podstawówki, a że były to czasy, w których zdawało się egzaminy (nawet KILKA) i osób było na miejsce nawet kilka to..dostałyśmy się dwie. Pamiętam, że na ustnym z biologii coś bredziłam, a potem doznałam niemal wstrząsu, gdy zdałam z lokatą "dobry". Wiadomość o dostaniu się przyjęłam z niekłamanym...płaczem. Rodzice byli przekonani, że nie poszło, a ja, że bez najbliższej mi koleżanki dalsza edukacja straciła sens. Postanowiłam jednak zostać. Początek studiowania do przeprowadzka do samego centrum Katowic, 4 przecznice od wydziału (jakoś nigdy daleko do szkoły nie miałam, poza czasem gdy pociągami PKP pierwszy semestr jeździlam jeszcze na stare śmiecie). Z tego czasu pamiętam poczucie zagubienia, obcości i zmęczenie, bo niejednokrotnie po filozofii ("co wy wiecie o filozofii?nic nie wiecie, bo debilami jesteście") o 20, wracałam do domu pociągiem 21.30 (a dworzec w Katowicach do najprzyjemniejszych nie należał i w zasadzie do dziś nie rozumiem, dlaczego nikt nie pomyślał, żeby te powroty policzyć za praktyki), a następy dzień zaczynałam biochemią o 8 i pociągiem tuż po 6. Pamiętam, że podczas pierwszej sesji wypiłam pierwszą w życiu kawę, uczyłam się do drugiej w nocy i zdałam na 4. Ale pamiętam też, że mieliśmy poczucie, że tak ma być, że to nie ma być łatwe, a trudne, i do dziś uważam, ze przeczołganie przez pierwsze dwa lata ma niewątpliwy walor wychowawczy. Na studiach poznałam KA, na początku chyba nie szła nam specjalnie ta znajomość, ale potem się "dotarłyśmy". KA miała niemal męskie spojrzenie na życie, praktyczne plany zawodowe i mieszkała w akademiku. KA poznała mnie korespondencyjnie z PM ale to juz inna historia...W zasadzie trzymałyśmy się we trzy, bo była również PięknaWojna i trio się niemal doskonale uzupełniało. Nie przypominam sobie, żebyśmy wiodły życie akademickie w potocznym pojęcia rozumieniu...tzn na pewno nie było tak, żeby sie któraś obudziła obok kogoś po wcześniejszej imprezie. O co to to to to nie! Prowadziłyśmy się dobrze i siebie na wzajem umiałyśmy rónież wyprostować, gdy zachodziła konieczna potrzeba. Z akademika pamiętam wieczory które urządzałyśmy sobie we trójkę (mieszałyśmy wino z ...kisielem..być może wytrzymałośc żoładków miała związek ze wspomnianym wcześniej Czarnobylem), czasem gotowałyśmy sobie ryż z sosem i jadły pałeczkami, czasem ktoś przyniósł spirytus (ale piła tylko KA która tu bywa:) ).
Na roku mieliśmy różnych ludzi, była córka posła, (przesympatyczna zresztą, która jedyna miała auto i czasem pomykałyśmy cinquecento), były dzieciaki ślązaki (tu wspomnienie dr R., która pod tablicą uczyła niejaką Joasię wymowy słowa pedaGOgika, a tamta z uporem powtarzała PEDAGOgika), były dziewczyny z różnych gmin wyznaniowych, trochę policyjnych dzieci i trochę różnych różności. Mieliśmy świetnych nauczycieli. Różnych , przeróżnych, wymagających, trochę dziwnych, takich z pasją i nieco pokręconych. Nie powiem złego słowa o swojej AlmaMater z tego okresu i jakoś z perspektywy czasu uważam, że wiele rzeczy, które tam sie działy miały charakter czegoś spójnego i holistycznego. Najtrudniejsze wspomnienie to praktyki w psychiatryku (i na koloniach...nie wiem co gorsze?), najmilsze to referat o efekcie wysokościowym i postać promotora. Pod koniec studiów zaczęłyśmy z Wojną pracę w drukarni. Nocki, dość dobrze płatne przy pakowaniu materiałów, hala wypełniona hukiem, masa ludzi, termos z kawą na środku stołu i głupawka nad ranem. Potem biegło się do domu, brało prysznic i szło na zajęcia. Pamiętam, że za pierwszą wypłatę pojechałyśmy sobie we dwie na wycieczkę..do Gdańska :) Za pierwsze stypendium kupiłam błekitne mustangi i sweter, który KA skrytykowała (tak, jest se se se ..pamiętam, KA!).
Na ostatnim roku studiów zaczęłam wolontariat i poznałam pierwszego swojego szefa, o którym do dziś mówię "Guru." Poznałam też Aspi, ale to już inna historia. W tym samym roku, jesienią poszłyśmy z koleżanką na profilaktyczne badania i znaleziono u mnie guz piersi. Pamiętam moją mamę, jak stoi przede mną i mówi, że będzie dobrze, a ja tak strasznie się boję. Szpital Górniczy, przeogromny moloch, na którymś piętrze chirurgia szczękowa, sprawiała, że w windzie jeździli pacjenci, z kórych buzi wystawały druty, szyny i dawało to industrialne, niemal futurystyczne wrażenie..zabieg. Ja i jeszcze dwie pacjentki, starsze ode mnie z 15, 20 lat. Potem lekarz, który odwiózł mnie do domu i czekanie na histopatologię. Stoję przed lustrem po zdjęciu opatruku i patrzę na posiniaczoną zielono niebieską część klatki piersiowej, płaczę...ale..
Jest dobrze..
Trzy miesiace później ląduję w tym samym szpitalu, bo na tarczycy mam guza wielkości dojrzałej śliwki. Operuje mnie ten sam chirurg, świetny specjalista, przed operacją mówi "istnieje ryzyko NIEWIELKIE uszkodzenia strun głosowych"-"co wtedy?"-pytam-"wtedy nie będziesz mówić,..ale zaufaj mi trochę" Ufam. Z operacji pamiętam dwie rzeczy..usypianie, gdy miałam poczucie, że zapadam się w miękkie, przyjazne, ciemne coś ..z bąbelkami powietrza i budzenie, gdy z trudem otwieram powieki i czuję przeszywający ból na szyi. "jesteś?"-pyta mój chirurg-"to dobrze"
Na sali leżę z Panią Józefą..Pani Józefa ma ponad 80 lat i jest tu sama. Opowiada mi podczas tego naszego współlokatorstwa niemal całe swoje życie i jest to opowieść lepsza niż niejedna książka. Opowiada o swoim dzieciństwie i o tym, że, gdy była panienką dała Cyganiątku kawałek chleba, w zamian za co jego mama wywróżyła jej trafnie, że poodgląda świat, umawiamy się z Panią Józefą, że będziemy pisać do siebie i tak rzeczywiście jest. Długo po wyjściu ze szpitala dostaję listy kaligrafowane na przewojenną modłę. Listy ciepłe i ciekawe jak opowiadania Pani Józefy.
Ten pobyt w szpitalu dał mi jeszcze jedną lekcję. Bo...pozwolę sobie wrócić do mojego Pana Chirurga. Świetny specjalista, dystyngowany, elegancki pan, dziś już bodaj ordynator, plotki glosiły, że pochodził z rodziny, które określało się jako "elitarne" a dzieci z nich pochodzące od pokoleń uprawiały albo prawo albo medycynę i przy tym...wierzcie mi...zjawisko niespotykane:były dobrze wychowane! Ponieważ Pani Józefa nie miała rodziny na miejscu..co rano Pan Chirurg przynosił jej gerbera lub..bułeczkę witając od progu słowami "a gdzież jest moja ulubiona pacjentka/dziewczyna?", Pani Józefa uśmiechała się jak młoda dziewczyna, Pan Doktor całował rączkę i życząc zdrowia wszystkim uciekał na dyżur.
I...wielu potem poznałam doktorów, profesorów, specjalistów.. a tamto wydaje mi się jakoś szczególnie szczególne.
I myślę, że warto, nawet, gdy spotykasz się z zimnem, wyrachowaniem, cwaniactwem, warto tak...cenić spotkania z ludźmi, jak on cenił, bo choć Pani Józefy już nie ma to w moich oczach jeszcze się odbija najwyższy szacunek dla takiej małej-wielkiej dobroci i ogoromnej klasy Pana Doktora. To się nazywa "być kimś".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz