niedziela, 11 grudnia 2016

O szeroko pojętej tolerancji...

Dawno mnie tu nie było, oj dawno i to żadna kokieteria, najpierw nie było weny, potem nerwów, potem czasu a na koniec zgubiłam gdzieś hasło. I powiedzieć, ze je znalazłam podczas porządków przedświątecznych byłoby ogromnym nadużyciem. A to dlatego, że owe porządki (ani wogóle żadne porządki) miejsca nie mają jeszcze ( i tu postawmy znak zapytania bo nie wiadomo do kiedy nam się "jeszcze" przeciągnie, wszak to tak rozległe znaczeniowo pojęcie).
Ale jestem i piszę i to się liczy nes pas? Nic to, że jest czwarta rano, ja nie moge spać i już mnie gryzie sumienie, że powinnam pisać kolejny nikomu niepotrzebny, pozbawiony wartości wszelakiej artykuł a nie bLogaSkA niewiadomo dla jakiej potomności zamierzonego.
Potomność w Gadułowym domu mnie przeraża, starsza dlatego, ze nie rozróżnia i nie preferuje ocen innych niż 1 i 5 i częściej się skłania ku opcji numer jeden, nie powiadamiając rodziców, "z obawy, żeby ich niepokoić" i dlatego rodziców ma łagodnych jak mleko z miodem i od czasu do czasu tak niezaniepokojonych, że matka łykałaby krople uspakajające gdyby je miała, jak naród obietnice przedwyborcze.
Młodsze natomiast dziecko przeraża nonszalancją i nieco przedmiotowym traktowaniem ludzi. "Bartek znów mnie nie lubi, ale nie szkodzi, bo mam już ZAPASOWYCH kolegów". Spoko, doprawdy spoko...humanizm, humanistyka i humanitaryzm kojtnął kopytkami w kierunku nieba.
PM od czasu gdy wrócił z operacji ćwiczy zajadle, rozważam zakup Mu w gwiazdkowym prezencie pakietu ćwiczeń z Chodakowską i różowych getrów.
W pracy jest wesoło tak wesoło jak tylko może być wesoło na polu pełnym min przeciwpiechotnych. Uśmiechamy się do siebie i uprzejmie kiwamy głowami ze zrozumieniem, pełni jesteśmy otwartości oraz empatii. Nie należy jednak zapominać, że Hitler też pewno kiwał główką a Stalin na niektórych zdjęciach uroczo uśmiecha się pod wąsem. Nie, nie przypisałam jeszcze ról poszczególnych dyktatorów personalnie. Choć (być może zbyt śmiało) zakładam, że w tym roku to raczej pracowej wigilii nie będzie.
Ogólnie wpływa to na moje nadwyrężone juz mechanizmy obronne ALE!!! jeszcze sie trzymam, jeszcze nie prycham gdy ktoś narzeka że nie lubi Świąt bo musi MAMIE POMÓC, jeszcze nie trzaskam drzwiami (choć już się za nimi przed własnym potomstwem chowam), jeszcze nie płaczę jak pomyślę, ze do końca roku zostało mi dwie konferencje i spotkanie z 200 dzieci.
Na ostatnim spotkaniu z dawnoniewidzianym znajomym:
-fajnie, Ty o tolerancji, Twoi studenci o toerancji-powiedział ów
-no fajnie-skonkludowałam-a w sobotę idziemy razem na strzelnicę.

piątek, 21 października 2016

ploblematycznie

-Pani nam pokazywała kulki-zaczął El Nino, gdy jechali z PG z przedszkola
-jakie kulki?-zapytała matka rodzicielka
-no kulllki-zniecierpliwił się EN
-ale jakie ? z czego zrobione?
-no KULKI! zwyczajne!-zdenerowował się EN
-Zwyczajne..ale z czego? do czego?-spytała PG
-KULKI-TAKIE GDZIBY-zdenerwował sie do reszty EN-nie moja wina, że nie umiem mówić takich głupich słów!

PG starając się nie wybuchnąć śmiechem prowadziła bolid

-nie moja wina-dokończył zirytowany EN-ale mój ploblem-zamyślił się melancholijnie.

czwartek, 13 października 2016

urodziny kota

Sobota...urodziny kota
sobota 3 rano pogotowie zabiera PM do placówki,
sobota 6 rano PG pakuje EN, torbę, laptopa i jedzie na zajęcia,
sobota 6.45 telefon ratukowy do Dziadka Gaduły z informacją o sytuacji na froncie,
sobota 7.30 PG pisze do rAnny, że idzie z dzieckiem na zajęcia albo nie idzie wcale,
7.31 jest zielone światło,
sobota 9.50 EN nudzi sie nieco podczas zajęć z profilaktyki,
sobota 10.35 EN w połowie wykładu przybiega do katedry i scenicznym szeptem mówi "chodźmy już KUPĘ",
sobota 11.20 EN wchodzi na kolana PG która właśnie błądzi po meandrach etiologii zjawisk patologicznych i podczas dyskusji prerywa "też chciałbym Ci zadać pytanie ...CZY TY MNIE KOCHASZ?",
11.30 PG coś jakby boli brzuch,
11.50 pochylona nad sedesem płoszy pawie,
12.15 prowadzimy z EN dalszą część wykładu z diagnostyki (tzn EN gra w ostatniej ławce, PG gada z pierwszej),
12.45 biegniemy za pawiem,
13.00 jedziemy do domu, średnio widzimy tablice rejestracyjne auta przed nami, obraz to sie zamazuje to drga, cała uwaga skoncentrowana na zadaniu "dojechać do domu, nikogo nie zabić",
13.10 przybywa niemal jednocześnie PG i Dziadek Gaduła,
14, 14.15, 14.50, itd itp "na zielonej trawie pasie jesień pawie",
16.00 film się urywa....

Następnego dnia prawie nie ma, nogi nieco z waty, dreszcze, temperatura, i ciągły ból brzucha. Dziadek Gaduła ratuje sytuację, koordynując również proces dochodzenia do siebie PM w nieodległej placówce.

We wtorek juz wszyscy są na miejscach, rodziny ubyło o 6 kg (4 PG i 2 PM).

Sobota jak mawia EN "urodziny kota"..trzeba przyznać kot świętuje z przytupem.

czwartek, 29 września 2016

Spacerkiem

Korzystając z zawirowania lekarskiego i będąc w rodzinnym city PG naciągnęła Dziadka Gadułę na malutką wycieczkę do miejsca pierwszego jej zamieszkania. Ostatni dzień lata przywitał ją zielonymi trawnikami, tkniętą złotem urodą drzew. Pośmiejscie się Moi Drodzy, ale dziwnie jest wjechać na ulicę, która kiedyś była "moja" i pomyśleć,jaka ona wąska, pamiętać gdzie sie skakało w gumę, popatrzeć na "swój" dom, "swoją" podstawówkę, "swoje" liceum, jakies inne, jakieś mniejsze, jakieś w innych kolorach. jadą PG usmiechała się przez okno. A potem pojechali do Cieplaka, cukierni, w którejmsprzedaje się pączki (i bezy) BEZDYSKUSYJNIE najlepsze na świecie, firma na B..się chowa i nie wychodzi spod stołu. El Nino w foteliku usmarowany lukrem prosił o jeszcze i jeszcze.
-Jedź z nami do naszego domku-zagadał do dziadka-jak chcesz usiadę z tyłu i będziesz sobie cały czas z przodu siedział.

poniedziałek, 19 września 2016

jak Bruce Lee

Po zajęciach karate El Nino zdecydował że skoro sensei robi sobie żarty z jego niesubordynacji to senseia pobije oraz uszkodzi, do czego szykował się cały weekend i w bojowym nastroju powędrował na trening. PG wizualizowała sobie tą walkę stulecia (25 kg EN kontra jakieś 90 kg senseia) i z pewnym niepokojem zaprowadziła EN na poniedziałkowy trening. EN całą drogę opowiadał o rozmiarze szkód jakie wyrządzi oraz o lęku, który zapewne już czuje pan trener.

Cóż...jedyną refleksją PO była ta, że En w kimonie wyglada jak mała, biała, puchata chmurka.

niedziela, 4 września 2016

Post w bikini

Natrafiła PG czytając Wielki Internet na kilka słów o "Macierzyństwie bez photoshopa", kiedyś-niegdyś czytając "Macierzyństwo bez lukru". Co czas jakiś grzmią media o wolnosci dla piersi karmiących, o sesjach brzuchów rozciągniętych. Temat ciut passe się robi, odrobinę wyświechtany..A PG o nim pisze, w kontekście śmiesznym bo dokładnie tydzień temu pławiła swoje ciało (dwudziestoletnie z takimż samym okładem) u źródeł, w gorących basenach, pośród brzuchów różnego kalibru, kształtu i miar...Zatem chwila ekshibicjonizmu blogowego voila: nigdy nie należałam do tych drobnych, szczupłych jak trzcinka z samego tylko urodzenia, chwiejących się na wietrze kibicią szczupłą jak igła. Nie uważam, że jedzenie jest grzechem, ba..jest bajecznie zmysłowe i super przyjemne. Aby zatem nie stać się przysłowiową grubą babą od tycityci dzieciństwa się ruszałam. Najpierw była koszykówka, po drodze fitnessy a w tym wszystkim odwieczna miłość - pływanie. Żadna tam ze mnie Chodakowska, tu uwiera, tam by się chciało mieć mniej. Zmiany jakie przyiosły ciąże przyjęłam..ze spokojem, chyba niczego naturalniej nie potraktowałam jak rosnącego brzucha głaskanego z radością. Ale i świadomością, że trzeba o niego dbać. Po El Nino siostra prawie mnie złapała na skłonach na drugi dzień (5 wykonanych) ale jej się nie udało, więc się nie liczy.
Wróćmy do źródeł...mam dziwne wrażenie, że tylko Polki mają taką "schozofrenię" na temat niekochania własnego ciała. "Teraz mnie zobaczycie"-powie jedna, "Sorry za brzuch"-druga, tymczasem Rosjanki, Słowaczki, Węgierki, że o Niemkach nie wspomnę, chodzą dumnie w bikini wielkości biletu tramwajowego, prężąc różnie prężne piersi i pośladki, bawiąc się dobrze, nie przejmując niczym, z uśmiechem i kokieterią przypinając kluczyk do szafki, między miseczkami biustonosza. A Polki.. niczego nam nie brakuje, nie jesteśmy bardziej zaniedbane,powiedziałabym: wręcz przeciwnie (a Dziadek Gaduła doda "jak byłem w Australii to Polkę rozpoznawałem z kilometra TAKIE są zadbane"), tylko bardziej ...zahukane. Ja taka jestem. Obejrzałam własne zdjęcia w bikini, broniąc się wcześniej rękami i nogami, jakby to był wielki wstyd, ba, pokazałam je nawet zaufanej Annie. A wszystko to w ramach małego remontu własnych poglądow. Nie jestem fanką fotografowania rozstępów, blizn ale kobiet prawdziwych, nie: wygładzanych, już tak. Nie róbmy z macierzyństwa, i wszystkiego co z nim związane cyrku.
Od dziś obiecuję:
częściej patrząc w lustro uśmiechać się do niego i nie przestawać myśleć, że kocham swoje ciało, bo DAŁO RADĘ, było pierwsyzm, najlepszym miejscem dla dwóch fantastycznych Osób, które nosiło, kołysało, karmiło, kocham swój brzuch, bo...jest jaki jest nie dlatego, że zrobił się taki sam, tylko dlatego, że macham od lat brzuszki przynajmniej 5 razy w tygodniu, kocham się taką jaką jestem, a nie inną. Bo to właśnie ja: geny mojej mamy, moich babek i prababek, przeszłość przebytych urazów, wspomnienie tego co je ukształtowało i czasu, który płynie. I kocham je bardziej niż kiedyś i chcę kochać, bo to przecież kochanie siebie.

Ach ach, epistoły, (jeszcze się rok akademicki nie zaczął a ja już leję wodę) znowu Dr Jot będzie uśmiechał się pod nosem, a Bartek rzuci jakiś tekst mimochodem..może na gg (i super, Panowie).
A Dziewczyny...nie jesteśmy z żurnala..i bardzo dobrze, to, co w żurnalu jest zwykle płaskie i przereklamowane, a my? My jestesmy super, chude i puchate, niskie, wysokie, z za wąskimi ustami, za szerokimi biodrami itd itp...




P.S. Pamiętam, że za czasów podstawówki moją wielką bolączką i olbrzymim kompleksem był...kształt paznokci, super, prawda? :) Czas wyrosnąć z głupot.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Na kempingu...

Nie jest all inclusive ani nawet ciepło, gdy w nocy temperatura spada do około 5, ale PG widzi w kempingowych wakacjach szereg plusów:
1. okazuje się, że więcej jest na świecie kobiet W JEJ WIEKU, dla których wyjście w trekingowych ciuchach i trekingowy styl życia jest czymś normalnym (na codzień PG spotyka się z tezą, że jeśli nie założysz butów na obcasie, nowych paznokci i rzęs oraz nie zadzierasz nosa jesteś najogólniej mówiąc kobietą mniej wartościową, a jeśli przy tym stawiasz torebkę na ziemi to...(tu cyt. z pewnej utytułowanej pani :"jaka kobieta stawia torebkę na ziemi?") to sorry żadna z ciebie kobieta);
2. najlepszą szkołą językową dla dzieci jest językowa szkoła przetrwania na kempingu z dziećmi wszelkich narodowości, dla których wybór "nudzić się osobno lub bawić razem" znosi wszelkie bariery językowe i z całą przyjemnością pochwalę się, że bardzo było przyjemnie słyszeć jak El Nino mówi w sklepie dzieciowym angielskim "fenkjuwelymać";
3. język angielski prezentowany przez mieszkańców kempingu przyjmuje wszelakie, dość barwne formy, mamy zatem język polskoangielski, niemieckoangielski, włoskoangielski,itd etc, potwierdza się teza, że jak chcesz się dogadać-zrobisz to;
4. dzięki niezbyt wysokim cenom można pojechać w ciekawe miejsca, finansowo niedostępne w innych opcjach-dla porównania poza kempingiem tydzień wypoczynku w Cortinie, dla całej Gadułowej rodziny, kosztuje około czternaście tysięcy złotych ha - ha - ha;
5. czytanie polskich bajek pod polskim namiotem, impregnowanym angielskim impregnatem, we włoskim deszczu trwającym dziewiątą godzinę niesamowicie integruje rodzinę;
6. jesli chcesz zaskoczyć Włocha - podaruj mu Majonez Kielecki, Włosi słyną makaronami z sosem tylko dlatego, że nie odkryli polskiego majonezu...do tego roku;
7. chrapiący Dziadek Gaduła pięknie wchodzi w dialog z ptaszydełkiem, które odpowiadało na każde chrapnięcie świergotem... po kilku dniach ptaszek nauczył się, w którym namiocie Dziadek śpi i przylatywał na pogawędki;
8. kempingiem się dzieci nie krzywdzi, nie naraża na niebezpieczeństwa, nie skazuje na niewygody, nie oferuje byle czego, daje się im przygodę i poczucie uczestniczenia razem w czymś fajnym;
9. przed wyjazdem nalezy kupić fajową piżamkę i wszystkie laski Twoje
minionek

poniedziałek, 25 lipca 2016

Nie pytaj

-A dlaczego Junior pojechał do Dziadka, a Ty nie?-zagadnęła do EN RAnna, gdy ów zajrzał do sekretariatu
-Bo nie spuścił kupy w ubikacji-odpowiedział ów

Kręte są meandry dziecięcych uzasadnień.

czwartek, 14 lipca 2016

Poważnie

Na obronie pracy doktorskiej przewodnicząca komisji powiedziała poważnie:
-Czy są jeszcze jakieś pytania odnośnie dysertacji z sali?
"Na którą nastawić ziemniaki?"-przyszedł sms na telefon PG

poniedziałek, 11 lipca 2016

Irytacja, upał, podenerowanie, strach, bezsenność...czyli rykoszetem

Negocjator podobno dużo ściemnia, na ogół nie mówi prawdy i należy brać opisywane przez niego historie, na dwa, trzy lub sto. Po przeczytaniu któregoś tam rozdziału podzielam opinie tych, którzy go znają, zamykam jednak oczy i kładę sobie na twarzy otwartą książkę,żeby zasłonić powieki przed szturnującym je światłem. Choć//z jakąś ogromną siłą wraca wyobrażenie że to ja stoję na krawędzi jakiegoś dachu i palce moich butów są już poza krawędzią gzymsu. Blok jest stary, pe-er-elowski, szary i dość wysoki. Alegoryczna, dość patetyczna próba interpretacji sytuacji własnej. Zbyt gruntownie poczucie odpowiedzialności i obowiązkowości w pracy wróciło jak wredny kotek po marcowych wojażach, wróciło, odbiło się i...porzygało się kociątko na progu domostwa. Poczucie odpowiedzialności połączone z poczuciem lojalności wobec niby przyjaciół ale bardziej niby niż wogóle znajomych choć to koszmarny miks który został do cna wykorzystany. Dlatego dotarłam tam gdzie jestem.. Stoję na brzegu dachu, z rękami w kieszeniach uporczywie odczuwając dotkliwy brak równowagi i zadaję sobie pytanie , które tysiace, miliony, itd itp ..zadawały sobie przede mną: jak to jest że tak gładko przechodzi tyle zła i zakłamania? jak to się dzieje, że to się nie wyda, nie rozleci w niebyt jakiś tylko idzie do przodu po trupach do celu, który przyniesie więcej trupów? Budze się po drugiej w nocy, wracają strzępy rozmów, albo własnie przemilczeń, chyba nigdy nie czułam się tak sama. Rozgrzebane pisanie, wszechobecnośc dzieci, która jest błogosławieństwem, ale także źródłem wszechograniającego dźwięku, upał. Upał lepki, taki, że gdy wychodzisz z klimatyzowanego pomieszczenia uderza w Ciebie ścianą twardą jak beton gorącego powietrza. Budzę się w nocy, duszę się od powstrzymywanych łez, na codzień noszę kulkę w gardle, nie moge skupić myśli. Książki, które przyniosłam żeby pisać na kmputerze lądują na ścianie w tyle głowy coś mówi poważnym głosem "nie wolno się tak zachowywać".Świat nie jest pełen ludzi złych, nie jest pełen złych-powtarzam jak mantrę-tylko-szepcze coś spod łóżka-cwanych, skoncentrowanych tylko na sobie, którzy są zainteresowani wyłącznie sobą. Uciec, uciec stąd, nie być wśród nich..tylko boję się, że kiedy zacznę biec zrobię pierwszy krok poza krawędź.

sobota, 25 czerwca 2016

Cholera jasna

Cholera jasna-przechyliła się do ucha siedmioletniej PG, Katarzyna eS-spódnica ciasna,a pod spódnicą majtki się śwICą a pod majtkami..-głos Katarzyny eS zrobił się konspiracyjny-WIESZ CO? z włosami!
PG nie wiedziała...
Kilka dni później Katarzyna eS doniosła pani M-siał wychowawczyni klasy pierwszej "a", że PG użyła słowa niedopuszczalnego, słowa na "Ka", skalała tym honor szkoły i powinna spłonąć w ogniu piekielnym, tym słowem było słowo "kibel".
I tym sposobem PG dowiedziała sie, że większośc Katarzyn to średnioumiarkowanielojalneznajomości i źle lokowane zaufanie. I tak zostało do dziś.

P.S.1. Katarzyno eS wiem, ze zrobiłaś doktorat, zajmujesz się dilowaniem suplementów diety i wiem, że większość suplementów diety jest tak skuteczna jak Ty lojalna.
P.S.2. Pani M-siał, jakoś póki co na patologię nie wyrosłam, więc niech mi będzie wolno na łamach tejże strony napisać kibel a nawet..specjalnie dla Pani ...SRACZ.


I tak się doświadcza katharsis...

środa, 1 czerwca 2016

Moi Chłopcy
Moich Chłopców
Moim Chłopcom
Moi...ukochani,tacy,co to znają mnie całe życie,wytęsknieni,..,marzeni,...czekani.
Moje Dzieci,część mnie z podobieństwem ust,z arsenałem moich cech.
Całuję ich włoski,tulę i lubię na nich patrzeć.
Najlepsi ludzie jakich znam.
"Bądźcie zdrowi,dobrzy i szczęśliwi."
Kocham
Mama

sobota, 28 maja 2016

fajnie,gdybyś mógł zapamiętać

Fajnie byłoby gdybyś, Synku zapamiętał jak o 22, w nocy siedzieliśmy w kuchni i jadłeś śniadanko,które było kolacją.Z talerzyka w kolorowe prążki kromkę chleba..w połowie z miodem i w połowie z dżemem truskawkowym - tak jak lubisz.
I byłoby cudownie gdybyś pamiętał nasz śmiech i żarty,noc za oknem i miekkość wieczoru w kuchni.

czwartek, 19 maja 2016

Zarządzeniem, protokołem, uchwałą...

Komisja wyborcza  (zgodnie z art. paragraf., punkt.) w dniu tym i tym ogłosiła wybory do Organu Instytucji ( zgodnie ze statutem, pragrafem, etc) Na wybory zaprosiła (zgodnie...), karty przygotowane podług procedur przygotowała , na kartach wydrukowano WOŁAMI "zakreślić KRZYŻYKIEM, wszelkie innego typu zakreślenia są niedopuszczalne"). Komisja wyborcza rozpostarła sukno, opieczętowała urnę i wydała karty...a potem komisja poznała róznorakie interpretacje słów "zakreślić krzyżykiem", bo tak podług głosujących oznacza to tyle co podkreślić, przekreślić, zakreślić, odhaczyć...A potem komisja nasmarowała protokół, i wydała uchwałę, że wybory nie wyszły (w podmiocie domyślnym "bo część nie przyszła, a druga nie wie co to krzyżyk") i zarządziła kolejną turę wyborów.

-Może zarządźmy jeszcze szkolenie o krzyżyku-rzucił ktoś nieśmiało...

 

A PM przyniósł od znajomego naręcze kredek wszelakiego typu, koloru i odcienia i dumny ze swego daru rozłożył kredki na stole przed El Nino. EN popatrzył na kredki, na ojca, to znowu na kredki i rzekł nieśmiało "nie przypominam sobie, żebym prosił o coś takiego."   O oblicza niewdzięczności dziecięcej, jakaż wasza wielość!

 

-Kuba powiedział, że ma już osiem lat-powiedział EN do matki rodzicielki na spacerze

-Chyba trochę przesadził-odpowiedziała ta

Nie-ON MA OSIEM lat!-podniósł brewki przekonany o prawdziwości konfabulacji kolegi EN.

-Kotku, Kuba chodzi z Tobą do przedzkola, gdyby miał 8 lat chodziłby do szkoły!

EN popatrzył na swoje buciki, na łąkę wokół, to znowu na buciki i widać uznał,że coś w tym musi być.

-Okłamał mnie, też mu coś powiem! Mamo, co mu mogę powiedzieć??

Wiem, PG w tym momencie opowiedzieć o szkodliwości kłamstwa oraz cenie szczerości w relacjach międzyludzkich wzmocnić poczucie społecznej odpowiedzialności za szczerość, tak zrobiłaby prawdziwa Matka Polka, odpowiedzialny rodzic, świadomy pedagog..no..to zgadnijcie dlaczego jutro EN opowie w przedszkolu Kubie, że za rok kończy 30, ma żonę, dwoje dzieci i jest agentem obcego wywiadu oraz świadkiem koronnym?

 

 

czwartek, 12 maja 2016

Konferencyjnie

Druh Drużynowy ma kilka wnuczek, siwą brodę i zawsze uczstniczy w majowej konferencji. DD ma również to poczucie humoru, które PG uwielbia.

I..komplemenciarz z niego

"Schudłaś na ryju!"-rzucił dziś w kuluarach.

Czaruś jeden! :mrgreen:

środa, 11 maja 2016

Pięć

Lubię rozpamiętywać nasze pierwsze chwile, pierwszą świadomość, że jesteś, pierwszy ruch pod sercem,  pierwsze spotkanie, pierwsze wtulenie, pierwszy uśmiech i pierwszy lęk, pierwsze kroki, pierwsze "mama". Lubię przypominać sobie pierwsze spojrzenie i nawet, gdy teraz biorę Cię w ramiona lubię jak między nami ciepłem przepływa miłość dobra i cieplutka jak Twój oddech. Lubię Twój zapach, spojrzenie ciut groźnych oczu, malutką męską dłoń schowaną w mojej ręce, niski głos i to jaki bywasz dzielny.

SONY DSCKocham Cię tak jak mówisz "na milionnieskończonośćijeden".

niedziela, 8 maja 2016

Językowo

Granicę przekroczyliśmy stanowczo za późno wobec planowanej 19, może dlatego jakoś nieswojo zrobiło się w samochodzie, gdy okazało się, że od tej strony na Litwie nie mają latarni...przez dłuższą chwilę zastanawialiśmy się nawet czy mają prąd.

Piotr na tylnym siedzeniu wyłączył laptopa, w razie, gdyby prąd w laptopie był jedynym na bieżącym areale...zapanowała cisza...jedyne światło padało słupami na jezdnię..

-O, w telefonie nie ma zasięgu... żadnego-zauważyła rezolutnie PG

Łukasz zaśmiał się nerwowo, po czym znów zapanowała ciężka (i ciemna) cisza

-A Ty mógłbyś sobie zmienić już muzykę na czekanie-rzucił do Piotra PM

-Dlaczego?-spytała PG-przecież to jest  hicior jego młodości!

-"To ostatnia niedziela"?-zarechotał (nerwowo) Łukasz. W świetle reflektorów minęliśmy kolejną tablicę z nazwą miejscowości, której nie było. -Ciekawy jezyk mają, nie?

Zaśpiewajmy coś w ichnim języku!-zaproponował PM

-To ostatniassss niedzieeellaaaaas, dzisiaj się rozstaniemyyyyyysssss-zaśpiewał w głuchą noc cały samochód.

 

Wieczorową porą Piotr czarował kelnerki, Łukasz wdał się w historyczny dysput z PM, a PG pilnowała, żeby nadto często nie używać czasowników "oddać, odebrać" albo określnika "nasze". Wieczór skończył się późno, a PG nazajutrz miała wygłaszać referat, którego zapomniała powtórzyć.

Poranek był..trudny. PM prowadził, Łukasz szeleścił kartkami, Piotr wpatrzony w laptopa kończył prezentację, a PG powtarzała co czas jakiś rzucając pod nosem zaklęcia mające ją chronić przed totalną kompromitacją, bo kompromitacji jako takiej nie śmiałaby poddawać wątpliwości.

-Ale Ty się uczyłaś angielskiego?-zapytał ni z tego ni z owego Piotr

-Nie.

-No jak nie? wcale?

-No wcale, nigdy.

-Nawet jakiś kurs, czy coś..

-No nicoś. Ni ni...-odpowiedziałą PG nie podnosząc wzroku znad tekstu.

Piotr (ten sam Piotr, który dotąd mówił, że to nic takiego, i że dam radę i w ogóle spoko) zawiesił wzrok i skomentował:

-No to szacun.

 

To była najbardziej skuteczna lekcja języka, jakiej doświadczyłam..myślę że również dla słuchaczy, acz...entuzjazm El Nino, który będąc totalnym analfabetą jest jednocześnie wielkim entuzjastom scrabli dała PG nadzieję i poleciałaaaaaaaaaaaaaaaaa....że hajAS.

 

 

-

czwartek, 5 maja 2016

O dziwnych miejscach w dziwny miejscu

Białe socjalistyczne kafelki, malowane farbą olejną drzwi i lustro z plastikową ramką, Toaleta na końcu korytarza.  Nie jakaś szczególna, bez kart magnetycznych dostępu, zamykana na kluczyk, z przedsionkiem tak ciasnym, że z trudem mieściły się dwie osoby.

Korytarz wąski i ciemny, po dwóch stronach drzwi, przed drzwiami tabliczki,  na tabliczkach specjaliści, magistrzy i doktorzy, gdzieniegdzie sypnie profesorem. Nazwiska znane i w większości mało znane, takie na "Dzień dobry" podczas mijania na schodach.

Nie można było zawsze swobodnie pogadać, bo mogła ofukać Pani Grażynka, albo przez pokój Lady Jo przewijały się tłumy niezaplanowanych i zmieniających plany..Do toalety uciekało się na chwilę pośmiać się, pogadać, ale też wypłakać, gdy były te ciężkie, chore dni: "Powachluj mnie, bo znów mam czerwoną buzię", albo ktoś opie...kuńczo udzielił porady, jakoś znaleźć miejsce do wygadania, dziwne, ale zawsze...w końcu byłyśmy "jednego Wujka".

Czasem tak bardzo się boję, że te dawno zawiązane sznureczki puszczą..jak puściły te zawiązane później.

środa, 4 maja 2016

Nie ma to jak..

otworzyć oczy o drugiej nad ranem, gdy stoi nad Tobą prawiepięciolatek i mówi z uśmiechem:

"SIEMKA"

:lol:

niedziela, 1 maja 2016

Wiosna, wiosna!

Kwitnące jabłoniami sady z kobiercami mleczy, mniszki po sam horyzont, zabytkowe mury obronne miast, które swoją świetność już miały, niebieskie niebo całe w puchatych chmurach. Na trawie brzęczą trzmiele, po drodze rozpłaszczony lisek, jeżykktóryniedobiegł i wiewiórka z łapkami na draculę wyciągniętymi ku górze (przyroda sie budzi i zasypia snem głebokim i wiecznym!)

...a w rowie obok bramy z XIV wieku, którą zbudował Kazimierz Wielki drzemie, upojony bynajmniej nie słońcem, Miejscowy Koloryt z rowerem malowniczo porzuconym w mleczach.

wtorek, 26 kwietnia 2016

cyk cyk cyk

Prania nastawionego na tryb sportowy nie można uznać za odwirowane, Junior wraca ze szkoły ze spodniami rozerwanymi na kolanie, w pracy utrwala się system komunikacji niewerbalnej za pomocą wymownych spojrzeń, półsłówek rzucanych niby ot tak, tasują się znajomości, trzeba zamknąć oczy, żeby przetrwać, potem przychodzi wena i piszesz osiem stron na prawdę dobrego tekstu w ciągu dnia, malowanie przedpokoju zawieszone w blizej nieokreślonej czasoprzestrzeni, El Nino bawił się w przedszkolu z ANAZSTAZJĄ (czyżby tajemnica historyczna została rozwiązana?), telefon z W. (dziecku idą zęby, tłumaczenie w toku, wykład proszony w czwartek), obiad gotowany z dziennym wyprzedzeniem, w przychodni paniom zginęły wyniki badań (właśnie moich) i próbują mnie przekonać, że owe nigdy nie miały miejsca (nie-rzeczywistość realna, nie-rzeczywistośc wirtualna), w sekretariacie ściany mają uszy dokładnie jedną parę ale króliczych, ogródek jeszcze daje chwilę, za sprawą przymrozków, ale czuję, że powinnam być w blokach startowych z naręczem sadzonek i rękawicami w kwiaty, USG: wdech-wydech-wentyluj dzięki Bogu następne za kilka miesięcy, debata do zorganizowania, katar i ciągle zimne ręce, niesmak okrutny przy spotkaniu na korytarzu, zgłoszenie udziału w konferencji leży wydrukowane i pustką marginesów krzyczy "PISZ! bo TERMIN!", basen rano, wdech-wydech (muzyka daje poczucie że jestem tu sama tylko 6 rano na basenie daje ten luksus więc pławię się w luksusie), "zjadłbym coś słodkiego..." EN stoi tuż przed wyjściem już w kurtce i bucikach, słońce nieco zdradliwe gdy na termometrze całe plus SZEŚĆ, napiszmy może artykuł o współczesnych problemach...aaa...no tak...

Jesteś tam Doktorze Jot?:)

Przyjacielka (a echo ..Elka..Elka...Elka?)

Endriu, jesteś tam?

Jak coś..ściskam Was serdecznie gdzieś pomiędzy praniem a pisaniem.

 

sobota, 16 kwietnia 2016

Dawno mnie nie było, nes pas?

A w tym czasie: choroby domowe, wojny pracowe, zmęczenie nerwowe, wyjazdy konferencyjne, auto pełne śmiechu, a czasem oczy pełne łez.

Dorosłość jest przereklamowana, zaś czas leczy rany, ale jest kiepską kosmetyczką:)

Przyjdzie wena to napiszę.

niedziela, 27 marca 2016

Wiosenne słońce na zielonej trawie

na Wielkanoc Babcia z Dziadkiem chodzili na rezurekcje, na Wielkanoc nosiło się całość do święcenia na talerzu, a ksiądz przyjeżdżał  o bliżej ustalonej godzinie i święcił wszystko. Obowiązkowo oddawało się conieco do koszyka "dla ubogich". Miałam białe ażurowe podkolanka i sukienkę w kwiatki z falbanką w kropki. Na Wielkanoc był dom pełen ludzi, czasem zaglądał ktoś z sąsiadów, rodzina zjeżdżała się stąd i zowąd. Jajka, pisanki, kraszanki, zielone żytko, jaskrawe słońce, dzieci ze wsi i z całej Polski, które jak my przyjeżdżały do dziadków na wieś. Przydługie obrzędy w kościele, przyśmieszne wygłupy za które dostawało ię w ucho, nie znosiłam tego, jak młodsza kuzynka tuli się do mojej mamy, zabiera mi mamę , MOJĄ mamę. Kokardy we włosach i lakierki, które miały paseczek, bieganie które było nieuciekaniem w Lany Poniedziałek...

Bardzo często ostatnio wracam do ciepłego miejsca w pamięci nie pamiętając dokładnie jakim było.

piątek, 11 marca 2016

Nie warto...

Nie warto UDAWADNIAĆ studentom, że wie się więcej od nich,

nie warto PODKREŚLAĆ, ile się osiągnęło i jakiż szacunek się NALEŻY,

nie warto szukać potwierdzenia swojej WARTOŚCI przez umniejszanie czyjejś,

nie warto odnosić się z wyższością, domagać się posłuchu, obrażać i zadzierać nosa

bo wtedy..

wróci z przytupem.

Miałam w życiu kilku nauczycieli (wymagających, cierpliwych, ciepłych, dobrze znających się na warsztacie) których zapamiętałam, spotkałam potem kilku takich, jak Doktor Jot (niepowtarzalnych, z tym "Czymś" od Pana Boga), którzy zawsze będą dla mnie jakimś Wzorem. Spotkałam niestety również kilku którzy zadziwili mnie zupełnie nie: pozytywnie.

Tymczasem ambitna, młoda, wymagająca, gardząca, umniejszająca bez szacunku dla kogokolwiek poszła na wieczne wolne przed egzaminem. Student czasem przemilczy, ale zawsze zapamięta.

-Znów nie ma?-spytali PG na zajęciach studenci pytając o nieobecną prowadzącą-wróci i będzie znowu foch.

-Trochę zrozumienia-beznamiętnie poprosiła PG

-No tak-rzucił student-jak dziecko mało zdolne potrzebuje dużo czasu na naukę.

 

 

chapeau bas..mówiłam, że nie warto?

poniedziałek, 29 lutego 2016

w poczekalni w dzień targowy (?!) takie słyszy się rozmowy....

Spędziwszy swoje w poczekalni przed drzwiami lekarza PG chcąc-niechcąc wysłuchała rozmów dwóch pań...chcąc...a głownie nie chcąc...

-Co tam Merkel narobiła?no co narobiła?-zatroskała się Pani 1-Widziała pani tych Syryjczyków? Czemu oni w głab Afryki nie uciekają tylko do nas?

-Do nas to nie, do Niemiec chcą, do Ruskich to płaczą, że nie chcą, tylko socjal, socjal, socjal, zdrowe jak konie! -odpowiedziała Pani 2 a to przeciez inna kultura jest! Wie pani?!

-No wiem wiem-odparła Pani 1- dzika kultura!

-No nie dzika! INNA!-wyraziła pogląd tolerancyjny Pani2 - Ogląda pani ten serial o Sulejmanach? To inni ludzie są!

 

 

Gdyby ktoś miał wątpliwości z Turcji naciera na nas sułtan Sulejman z całym haremem, ale , że to nie pierwszy raz kiedy Turcy na Polaka to spoko, luz, prosimy o spokój!

 

środa, 24 lutego 2016

Praca jak praca

Podczas wypełniania testu student:

-To trzeba oznaczyć ptaszkiem?

Głos z sali

-Lepiej długopisem oznacz.

 

PG ma problem z zachowaniem powagi.

środa, 17 lutego 2016

Wieczorne przytulanki

-Opowiedz mi coś ładnego-prosi PG EN leżącego tuż obok już w piżamce.

EN marszczy brewki i po chwili opowiada coś ładnego:

-Ptaszki.

Po czym odwraca się na bok i natychmiast zasypia.

wtorek, 9 lutego 2016

Nie mogę spać to popiszę...

Próbną maturę z biologii razem z przejaciElką oblałyśmy. Nie, nie to, żebyśmy popisały głupoty. Zwyczajnie nic nie napisałyśmy i zdecydowały się opuścić salę egzaminacyjną zaraz po wynotowaniu pytań. Zdecydowałyśmy dzień wcześniej, a konsekwencji nam w tym nie brakowało. Dzięki czemu: po pierwsze pani od biologii się na nas obraziła, a po drugie za karę musiałyśmy wykuć genetykę do tego stopnia, że przed prawdziwą maturą umiałam krzyżować chyba wszystko z wszystkim. Na tej prwdziwej maturze poszło już jakby lepiej i do dziś dziekuję Panu Bogu na niebie, że na ustnej, tuż przed wejściem dopadł mnie ..ślimak, przeczytałam o nim ile weszło, żeby następnie ślimaka "opowiedzieć" po wylosowaniu kilka minut później. Polski poszedł superdobrze..choć apropos losowania wylosowałam trzecią bodaj ławkę.

Na studia wybrałyśmy się we cztery, jeszcze koleżanki z podstawówki, a że były to czasy, w których zdawało się egzaminy (nawet KILKA) i osób było na miejsce nawet kilka to..dostałyśmy się dwie. Pamiętam, że na ustnym z biologii coś bredziłam, a potem doznałam niemal wstrząsu, gdy zdałam z lokatą "dobry". Wiadomość o dostaniu się przyjęłam z niekłamanym...płaczem. Rodzice byli przekonani, że nie poszło, a ja, że bez najbliższej mi koleżanki dalsza edukacja straciła sens. Postanowiłam jednak zostać. Początek studiowania do przeprowadzka do samego centrum Katowic, 4 przecznice od wydziału (jakoś nigdy daleko do szkoły nie miałam, poza czasem gdy pociągami PKP pierwszy semestr jeździlam jeszcze na stare śmiecie). Z tego czasu pamiętam poczucie zagubienia, obcości i zmęczenie, bo niejednokrotnie po filozofii ("co wy wiecie o filozofii?nic nie wiecie, bo debilami jesteście") o 20, wracałam do domu pociągiem 21.30 (a dworzec w Katowicach do najprzyjemniejszych nie należał i w zasadzie do dziś nie rozumiem, dlaczego nikt nie pomyślał, żeby te powroty policzyć za praktyki), a następy dzień zaczynałam biochemią o 8 i pociągiem tuż po 6. Pamiętam, że podczas pierwszej sesji wypiłam pierwszą w życiu kawę, uczyłam się do drugiej w nocy i zdałam na 4. Ale pamiętam też, że mieliśmy poczucie, że tak ma być, że to nie ma być łatwe, a trudne, i do dziś uważam, ze przeczołganie przez pierwsze dwa lata ma niewątpliwy walor wychowawczy. Na studiach  poznałam KA, na początku chyba nie szła nam specjalnie ta znajomość, ale potem się "dotarłyśmy". KA miała niemal męskie spojrzenie na życie, praktyczne plany zawodowe i mieszkała w akademiku. KA poznała mnie korespondencyjnie z PM ale to juz inna historia...W zasadzie trzymałyśmy się we trzy, bo była również PięknaWojna i trio się niemal doskonale uzupełniało. Nie przypominam sobie, żebyśmy wiodły życie akademickie w potocznym pojęcia rozumieniu...tzn na pewno nie było tak, żeby sie któraś obudziła obok kogoś po wcześniejszej imprezie. O co to to to to nie! Prowadziłyśmy się dobrze i siebie na wzajem umiałyśmy rónież wyprostować, gdy zachodziła konieczna potrzeba. Z akademika pamiętam wieczory które urządzałyśmy sobie we trójkę (mieszałyśmy wino z ...kisielem..być może wytrzymałośc żoładków miała związek ze wspomnianym wcześniej Czarnobylem), czasem gotowałyśmy sobie ryż z sosem i jadły pałeczkami, czasem ktoś przyniósł spirytus (ale piła tylko KA która tu bywa:) ).

Na roku mieliśmy różnych ludzi, była córka posła, (przesympatyczna zresztą, która jedyna miała auto i czasem pomykałyśmy cinquecento), były dzieciaki ślązaki (tu wspomnienie dr R., która pod tablicą uczyła niejaką Joasię wymowy słowa pedaGOgika, a tamta z uporem powtarzała PEDAGOgika), były dziewczyny z różnych gmin wyznaniowych, trochę policyjnych dzieci i trochę różnych różności. Mieliśmy świetnych nauczycieli. Różnych , przeróżnych, wymagających, trochę dziwnych, takich z pasją i nieco pokręconych. Nie powiem złego słowa o swojej AlmaMater z tego okresu i jakoś z perspektywy czasu uważam, że wiele rzeczy, które tam sie działy miały charakter czegoś spójnego i holistycznego. Najtrudniejsze wspomnienie to praktyki w psychiatryku (i na koloniach...nie wiem co gorsze?), najmilsze to referat o efekcie wysokościowym i postać promotora. Pod koniec studiów zaczęłyśmy z Wojną pracę w drukarni. Nocki, dość dobrze płatne przy pakowaniu materiałów, hala wypełniona hukiem, masa ludzi, termos z kawą na środku stołu i głupawka nad ranem. Potem biegło się do domu, brało prysznic i szło na zajęcia. Pamiętam, że za pierwszą wypłatę pojechałyśmy sobie we dwie na wycieczkę..do Gdańska :) Za pierwsze stypendium kupiłam błekitne mustangi i sweter, który KA skrytykowała (tak, jest se se se ..pamiętam, KA!).

Na ostatnim roku studiów zaczęłam wolontariat i poznałam pierwszego swojego szefa, o którym do dziś mówię "Guru." Poznałam też Aspi, ale to już inna historia. W tym samym roku, jesienią poszłyśmy z koleżanką na profilaktyczne badania i znaleziono u mnie guz piersi. Pamiętam moją mamę, jak stoi przede mną i mówi, że będzie dobrze, a ja tak strasznie się boję. Szpital Górniczy, przeogromny moloch, na którymś piętrze chirurgia szczękowa, sprawiała, że w windzie jeździli pacjenci, z kórych buzi wystawały druty, szyny i dawało to industrialne, niemal futurystyczne wrażenie..zabieg. Ja i jeszcze dwie pacjentki, starsze ode mnie z 15, 20 lat. Potem lekarz, który odwiózł mnie do domu i czekanie na histopatologię. Stoję przed lustrem po zdjęciu opatruku i patrzę na posiniaczoną zielono niebieską część klatki piersiowej, płaczę...ale..

Jest dobrze..

Trzy miesiace później ląduję w tym samym szpitalu, bo na tarczycy mam guza wielkości dojrzałej śliwki. Operuje mnie ten sam chirurg, świetny specjalista, przed operacją mówi "istnieje ryzyko NIEWIELKIE uszkodzenia strun głosowych"-"co wtedy?"-pytam-"wtedy nie będziesz mówić,..ale zaufaj mi trochę" Ufam. Z operacji pamiętam dwie rzeczy..usypianie, gdy miałam poczucie, że zapadam się w miękkie, przyjazne, ciemne coś ..z bąbelkami powietrza i budzenie, gdy z trudem otwieram powieki i czuję przeszywający ból na szyi. "jesteś?"-pyta mój chirurg-"to dobrze"

Na sali leżę z Panią Józefą..Pani Józefa ma ponad 80 lat i jest tu sama. Opowiada mi podczas tego naszego współlokatorstwa niemal całe swoje życie i jest to opowieść lepsza niż niejedna książka. Opowiada o swoim dzieciństwie i o tym, że, gdy była panienką dała Cyganiątku kawałek chleba, w zamian za co jego mama wywróżyła jej trafnie, że poodgląda świat, umawiamy się z Panią Józefą, że będziemy pisać do siebie i tak rzeczywiście jest. Długo po wyjściu ze szpitala dostaję listy kaligrafowane na przewojenną modłę. Listy ciepłe i ciekawe jak opowiadania Pani Józefy.

Ten pobyt  w szpitalu dał mi jeszcze jedną lekcję. Bo...pozwolę sobie wrócić do mojego Pana Chirurga. Świetny specjalista, dystyngowany, elegancki pan, dziś już bodaj ordynator, plotki glosiły, że pochodził z rodziny, które określało się jako "elitarne" a dzieci z nich pochodzące od pokoleń uprawiały albo prawo albo medycynę i przy tym...wierzcie mi...zjawisko niespotykane:były dobrze wychowane! Ponieważ Pani Józefa nie miała rodziny na miejscu..co rano Pan Chirurg przynosił jej gerbera lub..bułeczkę witając od progu słowami "a gdzież jest moja ulubiona pacjentka/dziewczyna?", Pani Józefa uśmiechała się jak młoda dziewczyna, Pan Doktor całował rączkę i życząc zdrowia wszystkim uciekał na dyżur.

I...wielu potem poznałam doktorów, profesorów, specjalistów.. a tamto wydaje mi się jakoś szczególnie szczególne.

I myślę, że warto, nawet, gdy spotykasz się z zimnem, wyrachowaniem, cwaniactwem, warto tak...cenić spotkania z ludźmi, jak on cenił, bo choć Pani Józefy już nie ma to w moich oczach jeszcze się odbija najwyższy szacunek dla takiej małej-wielkiej dobroci i ogoromnej klasy Pana Doktora. To się nazywa "być kimś".

czwartek, 4 lutego 2016

2.

A potem było liceum i dowiedziałam sie z dużym rozmachem, dlaczego o Katowicach mówiło się "stolica metalu". Jakoś na samym początku szkoły średniej zaczęliśmy jeździć na koncerty. Gdy wspominam to z jakimś rozrzewnieniem to myslę, że ...akt odwgi to był ze strony moich rodziców, akt wielkiej odwagi albo ogromnej nieświadomości. :) Jakoś na sam początek lat 90 przypada dychotomia na punków, metali I skinów, zaraz potem zaczęli budzić się .."neohipisi". Pamiętam, jak jakoś w liceum wpadła mi do rąk ksiażka Wójcika "Od hipisów do stanistów", pamiętam myśl ..."jakie brednie on tam pisze" i pamiętam język, który teraz jest dla mnie równy tej dychotomii :) sprzed kilku linijek.

W liceum znalazła się grupka dziewczyn tak jak ja noszących koszule w kratkę, obcisłe spodnie, długie buty i rzemyki. (Dzisiaj to jakieś staromodne, ale wtedy nastolatki najczęściej nosiły rzemyki i srebrne bransoletki. Nie przypominam sobie, żebym wtedy malowała choćby paznokcie..) Trudno było zdobyć koszulki z kolorowymi nadrukami zespołów, ale pamiętam, że Iwona miała bardzo zdolnego kuzyna, który na plecach katany (tak jest dżinsowej katany) DŁUGOPISEM wymalował jej bardzo udanego Eddiego z Iron Maiden!!!

Ta subkulturowa młodość wcale nie była taka straszna, jak pisano w podręcznikach patologii społecznej. Ktoś brał, czyjś chłopak rzucił sie z wierzowca, ale na ogół spotykaliśmy się w kilka osób, dużo śmiali i z perspektywy czasu nie wiem czy śmiać się z tych jakże mądrych przemyśleń czy żałować że nigdy potem nie spotkałam tak różnych charakterów. To jest taki czas w życiu człowieka, gdy jest tak bosko zakochany w świecie, że nawet gdy go nienawidzi to w jakiś pięknie szczery sposób. Był Tomek, na którego wołali zupełnie inaczej, który słuchał Doorsów i miał idealistyczne podejście do świata, świat nie był zły, tylko...zagubiony. Tomek trochę też, ale uwielbiałam te jego nastroje od melancholii do "kurwy" rzuconej podłemu światu dorosłych. Anka, z dłuuugimi rudymi włosami tak zamyślona, zakochana, delikatna, poraniona wreszcie, gdy w wieku 16 lat wyprowadziła sie do babci, żeby nie patrzeć jak ojciec wszystkich bije. Wojciech grał na gitarze. Zespól nosił szumną nazwę Bunkier7 i grał muzykę...oględnie mówiąc o swobodnie rozumienejj linii melodycznej. Towarzysko pojechaliśmy kiedyś na ich koncert...trzeba było myśleć o czymś innym, żeby nie zwariować. I bracia, którzy zakochali się w jednej dziewczynie i obaj wysiadywali RAZEM na wiadukcie nieopodal jej domu i Marcin, który podrywał babcie w autobucie słowami Liroya "mam do pani pewną sprawę..nie będę ściemniał..chodzi o zabawę" (a babcia na to "ależ z pana figlarz!") i wielu wielu innych. Młodzież szwędała się, przesiadywała w Chacie u brata :) (ot lokalny koloryt) gdzie można było spróbować trawki niechcąco, bo takie było stężenie słodkiego dymu w środku, ze wchłaniało się to chyba i przez skórę, jeździła na koncerty (obowiązkowa Rawa Blues, Metalmania a i coś większego od wielkiego dzwona) i kiedyś całkiem niechcąco..broniła pomnika.

Bo trzeba Wam wiedzieć, że w centrum  Dąbrowy Górniczej stał pomnik poświęcony  Bohaterom Czerwonych Sztandarów, który na mocy zmieniającego się klimatu zdecydowano się wyburzyć.I wtedy ta subkulturowa jakże młodzież sama z siebie wymyśliła, że nie można im zabierać czegoś, co było w ich dzieciństwie i ...sama pokolorowała pomniczek poświęcając go Jimmiemu Hendrixowi. Pomalowali i..pilnowali, w samym centrum miasta, na odkrytej przestrzeni dzień i noc pilnowano pomnika. Ludzie przynosili sobie śpiwory, spedzali tam mnustwo czasu, zeby uniemożliwić wysadzenie pomnika. Pamiętam że dla mnie to było wtedy godne podziwu i patrzyłam na to trochę jak na wyczyn, wojnę o jakiś wyższy cel ...byłam w pierwszej klasie liceum :)

Pomnik ocalał, stoi do dziś...Cobain zamieszkał na parterze. :)

dabrowa_gornicza_pomnik_bohaterow_czerwonych_resized

wtorek, 2 lutego 2016

Każdy ucieka do takich miejsc..w PEWNYM wieku :) 1.

https://youtu.be/VrZ4sMRYimw

Zaczęło się Offspringiem i tekstem :

"Gdy byliśmy młodzi, nasza przyszłość była taka jasna
Stara dzielnica zaś tętniła życiem
I każdy dzieciak z tej cholernej ulicy
Planował coś osiągnąć i się nie dać
Dziś dzielnica jest już zniszczona i rozdarta
Dzieciaki są dorosłe"
Gdy byliśmy tacy młodzi ..mieszkaliśmy w Zagłębiu. Zagłębie to takie COŚ obok Śląska, część GOPu, te..ech dwadzieścia kilka lat temu bardzo szare i bardzo betonowe.W GOPie żyło się nie w przekonaniu, że się jest dzieckiem pokrzywdzonym skażeniem środowiska* ale ..zupełnie normalnie. Trochę więcej nas uczono o górnictwie,zabierano do fabryk, trochę więcej było kominów na horyzoncie, a w najmniejszej nawet dzielnicy były po trzy, cztery nieźle prosperujące kopalnie/fabryki/przetwórnie/ do wyboru i koloru. Niektórzy na pierwszy dzień szkoły dostawali tytę wypełnioną słodyczami(pewnie czekoladopodobnymi ale kto by wtedy grymasił). Bawiliśmy się jak wszycy wtedy na placach przed blokiem, na podwórkach albo..na ulicy, zwyczajnie, bez lęków o nasze bezpieczeństwo z systemem przywoływania przez okno. Jedni mieli więcej, inni mniej, ale dzieci chyba nie różniły się tak bardzo od dzisiejszych, może mniej nam do szczęścia trzeba było? Nikt nie kojarzył rakiet na placach zabaw z promocją wyścigu zbrojeń (to usłyszałam niedawno), czasem chodziliśmy do opuszczonego, starego pożydowskiego domu z modrzewiu na Warszawskiej. Trzeszczały podłogi w wielkich pokojach, pachniało stęchlizną (nie lubię do dziś tego zapachu), czasem bawiliśmy sie w fundamentach nowo budowanych bloków z wielkiej płyty. Pamiętam że w kałużach zbierała sie woda bordowa od gliny. Częściej dziewczyny skakały w gumę, a po lekcjach wszyscy spotykali się na szkolnym boisku..pokopać piłkę, gdy ktoś akurat miał.

Z boiska szkolnego mam jeszcze jedno wspomnienie..gdy na przerwie zauważyliśmy piękna tęczę..płasko rozpostartą na niebie..podziw i pokazywanie palcami..i smak jodu póżniej bo tęcza była z Czarnobyla.

Wieczorami przez otwarte okno pachniały drzewa z ogrodu sąsiada i słychać było pociągi, choć wtedy nie specjalnie obchodziło mnie, że stary (dziś już zrujnowany) dworzec był częścią Kolei Wiedeńskiej, która tamtędy wiodła. Nad ranem, jeśli było przed deszczem, w powietrzu unosił się..smród z leżącej nieopodal fabryki chemikaliów, nad hutą niebo było zwykle czerwone. Wszystkie dzieci wiedziały, gdzie w czasie wojny powieszono Polaków za pomaganie żydom, mało kto mówił, gdzie dokładnie było getto , a było niedaleko. Wiele domów miało swoją historię pozakręcaną w zawijasach kutych poręczy we wzorach drewnianych drzwi. W moim domu, na bocznej ścianie była cegła, którą można było wyjąć, o której Babcia-nie babcia mówiła, że ktoś tam chował broń we wojnę.Na strychu było lustro, w które bałam się patrzeć a dach domu z czerwonej cegły pachniał papą i smołą i absolutnie nie wolno było wyglądać samemu przez zdejmowany świetlik..co wielokrotnie czyniłam.

Na tej samej Warszawskiej z okienka pan w białym kitlu sprzedawał lody śmietankowe. W niedzielę chodziłyśmy do kina z koleżankami i do dziś pamiętam....czyszczenie czarnych lakierek z paseczkiem tuż przed wejściem. A czarne lakierki pięknie pasowały do białych podkolanek !:) Czasem szliśmy do kina ze szkoły, na ogół na film o rosyjskich gierojach i każdy śmiech był surowo upominany, popcornem nikt nie kruszył..bo nie było:) Raz w tygodniu odbywały sie lekcje religii ..w salkach przy kościele. Była to okazja do pobycia w innym miejscu całą grupą, chyba podchodziliśmy do tego dość poważnie, pomijając jeden pogrzeb który ku przerażeniu siostry (chyba) Chryzanty wyprawiliśmy całą klasą wróblowi (był krzyż i trumna, był nawet wybrany w wolnych wyborach "ksiądz", żałobnicy i wieniec z kwiatków. Chodziliśmy za to powaznie na majowe i roraty, to nie był "obciach" ale raczej poważnie traktowana część kilkuletniego życia. Nasza podstawówka należała do tysiąclatek, krojonych od jednego wzoru, do tego stopnia, że przebywajac w innej miało się swoiste daja vu i od razu wiadomo było gdzie sekretariat a gdzie biblioteka. I były prysznice! Chyba nikt nigdy z nich nie korzystał, ale odbywał sie tam swoisty rytuał fluoryzacji. Szkoła trzymała poziom, co roku miała olimpijczyków i wypuszczała nas do szkół średnich na prawdę dobrze przygotoanych i.... przywiązywano wtedy wielką wagę do kultury fizycznej. Mieliśmy dobrą drużynę koszykówki i miliony godzin na SKSach. Do dziś mam słabość do pomarańczowej piłki.Do końca podstawówki mieliśmy obowiązek ubierania się w kolorze biel/granat/czerń i noszenia tarcz z numerem szkoły na ramieniu.

W poniedziałki zawsze o 8 były apele. Przewodniczący klas zdawali stan klasy przewodniczącej/cemu szkoły a ten dyrektorowi. Dzisiaj to wydaje się ..dziwne. Potem był hymn szkoły "wszystko co nasze Polsce oddamy" i sprawy bieżąe, na ogół nudy, ewentualnie jakieś tam uczczenie czegoś...na przerwach nie wolno było biegać, a gdy ktoś mocno przesadził obowiązywał system spacerów parami w kółko dla wszystkich(fajnie, nie? trochę jak w ZK). Mieliśmy świetnie na owe czasy wyposażone sale i przeróżnych nauczycieli, raz w tygodniu każda klasa sprzątała teren wokół szkoły z grabkami, nie było źle....nie odczuwalismy tego jako krzywdzące....

 

Wiecie dlaczego tak dopadły mnie wspomnienia? Wczoraj byłam na badaniach, zawsze się tego okrutnie boję i myślę, o jakimś bezpiecznym miejscu do ucieczki z uwagą, myślami...

 

A dzisiaj...mam studentkę, nazwijmy ją...Śnieżka. Bo własnie tak wygląda ma alabastrową skórę, ciemne włosy, kształtny nosek i piękne karminowe usta. Śnieżka jest taka ...biała, bo przeszła nowotwór. Nie boi się o tym mówić, czasem na zajęciach do tego wracaliśmy, bo jak sama mówi, najgorsze jak sie ludzie boją mówić. Dzisiaj pisała egzamin, po zakończonym powiedziałą,że ...wraca na oddział. Jakoś....boję się o Śnieżkę, mam nadzieję, że jest dzielna i ma swoje bezpieczne miejsce na myśli.Trzymajcie kciuki, jak kto umie, może niech westchnie do Szefa.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

PM gra w grę, EN asystuje siedząc obok i sepleniącym barytonem powiada

-Niedługo pójdę do Skoły, potem do dLuuugiej Skooooły, a potem do pLacy....

wtedy mi daS zagLać w Wiedźmina.

 

 

Na studia się EN nie wybieLa.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

"Kupmy sobie..jeża"

Dzieci co czas jakiś domagają sie zakupu nowego zwierzęcia, mamy już psy, kota, nietoperza w garażu, gołębia na parapecie i całkiem całkiem hodowlę roztoczy zapewne.A dziś zapragnęły jeża...nie to, żeby PG od razu zapałała radością na ten pomysł, ale ..z ciekawości niejako zerknęła do Wielkiego Netu i wzrok jej (nieprzytomny) padł na ogłoszenie.

"Jeż 120 zł"

I spojrzała PG poniżej i..DOCZYTAŁA dalszą treść..nie może się otrząsnąć.Otóż 120 zł to cena...ZA SEX Z JEŻEM

Jeż jest podobno super reproduktorem, biegłym w sztuce kochania ("przekonuje nawet oporne jezynki" GWAŁCICIEL JEDEN!) i właściciel zachwalał jeża jakby sam sexu z nim próbował..ale 120 złotych?STODWADZIEŚCIAPEELENÓW??

 

Nie wiem jakie są stawki polskich prostytutek...ale jeż poszedł po bandzie.

niedziela, 17 stycznia 2016

Grypa grrrrypa

Może basen o poranku, może stres, może naturalna zimą kolej rzeczy...ale powiadam Wam, chrzanić taką naturę :)

Pozdrawiam gorąco , dokładnie w temperaturze 38.9

niedziela, 10 stycznia 2016

Dawno dawno temu...

Michałkowice to dzielnica miasta na Ślasku, ani specjalnie ładnego ani pod jakimś względem szczególnego, Michałkowice ranem dymiły kominami na tle różowo żółtego styczniowego nieba. Plecak na ramieniu ciążył książkami na poniedziałek, w ręku każda z nas niosła śpiwór, bo spałyśmy u koleżanki koleżanki, nikt nie przejmował się makijażem bo nikt się po prostu nie malował. Nie pamiętam zmęczenia, a pewnie byłyśmy zmęczone, bo w nocy bawiłyśmy się na koncercie. Szczytny cel, coś nowego, inicjatywa, że hej. Trochę pomyliłyśmy tramwaje, (pamiętam, że wysiadłyśmy w jakimś "niewiadomogdzie" i spytały jakiejś pani jak dojechać do centrum miasta, a jakaś pani oburzona poinformowała nas, że jesteśmy zupełnie w innym) potem kolejne..autobusy i w rezultacie spóźniłyśmy się na biologię. :-)

Tak wyglądała pierwsza Wielka Orkiestra.

Bawiliśmy się świetnie, poznałam fantastycznych ludzi, z których niektórzy już nie żyją,a zostali na tym obrazku roześmiani, został w pamięci smak uczestniczenia w czymś ważnym. Takie mam wspomnienia, do dziś, gdzieś w szpargałach przechowuję pierwsze orkiestrowe serduszko -naklejkę. Przez sentyment. :-)

Orkiestra ufundowała potem sprzęt, którym przebadano obu moich chłopców.

Dziś spotkałam wolontariuszy z puszkami i pierwsza myśl była jakoś ..dziwna..bo to przecież..."takie..dzieci" :-D

środa, 6 stycznia 2016

Wszyscy wiedzą co sie stanie, gdy El Nino zgubi nową zabawkę, wszyscy znają smak tęsknoty i ból w uszach wywołany wielką ilością decybeli szalejących we wnętrzu samochodu. Toteż, gdy EN wypadł wysiadając z auta, a wcześniej bawił się figurką Chewbacca wycieczka wpadła w panikę. Nie dlatego, że dziecko wyglądało na nieco pogniecione i twarz miało jakby przybrudzoną (jak pomocnik węglarza), ale dlatego, że WSZYSCY WIEDZIELI co dzieciątko zgotuje gdy zgubi zabawkę.

-Jak dobrze, że tu nie było studzienki-zakrzyknęła O-jeszcze by tam wpadł Chewbacca!!!

-Dobrze srobrze-szepnęła PG-Junior, gdzie ostatnio widziałeś tą zabawkę?

-Bawił się jak jechaliśmy!-Junior zrobił ogromne i niewinne oczy

PM zanurkował pod auto.

-Nic tam nie widać-zatroskał się

-A jakby podnieść auto?-zapytał B

-No jak podnieść, po co podnieść, jak przecież nie najechaliśmy podczas postoju!

-Ale śnieg..może się w śnieg wdeptało.

-Dobrze, że tej studzienki nie ma-powtórzyła O.

-Albo meteorytu-niezbyt grzecznie odrzekła PG-jeszcze by walnął w Chewbaccę

-Rób sobie jaja, będziemy tu stać do u...biegunkowanej śmierci

-Cholera, no niezaduże to jest, w sumie mogło gdzieś odskoczyć (wycieczka poszerzyła zakres poszukiwań o kolejne kilka metrów wokół bolidu)

-No ja pierniczę, nie mogłeś go...podtrzymać?-PG zrobiła nieco nie na miejscu wyrzut Juniorowi

-No jak?-odbił piłeczkę Pierworodny

El Nino stał cicho z boku łypiąc niebieskim okiem.

-Gdzie masz tego Chewbaccę?-spytał PM

-O tu-odpowiedziało rezolutnie dzieciątko-w rączce!

 

 

Kurtyna.

niedziela, 3 stycznia 2016

2016

...rozpocznijmy słowami Mistrza Sapkowskiego (który jak mało kto bawi się słowem)

"To było za nimi.
A przed nimi było wszystko."

I niech ów szesnasty będzie lepszy od poprzedniego.