Natrafiła PG czytając Wielki Internet na kilka słów o "Macierzyństwie bez photoshopa", kiedyś-niegdyś czytając "Macierzyństwo bez lukru". Co czas jakiś grzmią media o wolnosci dla piersi karmiących, o sesjach brzuchów rozciągniętych. Temat ciut passe się robi, odrobinę wyświechtany..A PG o nim pisze, w kontekście śmiesznym bo dokładnie tydzień temu pławiła swoje ciało (dwudziestoletnie z takimż samym okładem) u źródeł, w gorących basenach, pośród brzuchów różnego kalibru, kształtu i miar...Zatem chwila ekshibicjonizmu blogowego voila: nigdy nie należałam do tych drobnych, szczupłych jak trzcinka z samego tylko urodzenia, chwiejących się na wietrze kibicią szczupłą jak igła. Nie uważam, że jedzenie jest grzechem, ba..jest bajecznie zmysłowe i super przyjemne. Aby zatem nie stać się przysłowiową grubą babą od tycityci dzieciństwa się ruszałam. Najpierw była koszykówka, po drodze fitnessy a w tym wszystkim odwieczna miłość - pływanie. Żadna tam ze mnie Chodakowska, tu uwiera, tam by się chciało mieć mniej. Zmiany jakie przyiosły ciąże przyjęłam..ze spokojem, chyba niczego naturalniej nie potraktowałam jak rosnącego brzucha głaskanego z radością. Ale i świadomością, że trzeba o niego dbać. Po El Nino siostra prawie mnie złapała na skłonach na drugi dzień (5 wykonanych) ale jej się nie udało, więc się nie liczy.
Wróćmy do źródeł...mam dziwne wrażenie, że tylko Polki mają taką "schozofrenię" na temat niekochania własnego ciała. "Teraz mnie zobaczycie"-powie jedna, "Sorry za brzuch"-druga, tymczasem Rosjanki, Słowaczki, Węgierki, że o Niemkach nie wspomnę, chodzą dumnie w bikini wielkości biletu tramwajowego, prężąc różnie prężne piersi i pośladki, bawiąc się dobrze, nie przejmując niczym, z uśmiechem i kokieterią przypinając kluczyk do szafki, między miseczkami biustonosza. A Polki.. niczego nam nie brakuje, nie jesteśmy bardziej zaniedbane,powiedziałabym: wręcz przeciwnie (a Dziadek Gaduła doda "jak byłem w Australii to Polkę rozpoznawałem z kilometra TAKIE są zadbane"), tylko bardziej ...zahukane. Ja taka jestem. Obejrzałam własne zdjęcia w bikini, broniąc się wcześniej rękami i nogami, jakby to był wielki wstyd, ba, pokazałam je nawet zaufanej Annie. A wszystko to w ramach małego remontu własnych poglądow. Nie jestem fanką fotografowania rozstępów, blizn ale kobiet prawdziwych, nie: wygładzanych, już tak. Nie róbmy z macierzyństwa, i wszystkiego co z nim związane cyrku.
Od dziś obiecuję:
częściej patrząc w lustro uśmiechać się do niego i nie przestawać myśleć, że kocham swoje ciało, bo DAŁO RADĘ, było pierwsyzm, najlepszym miejscem dla dwóch fantastycznych Osób, które nosiło, kołysało, karmiło, kocham swój brzuch, bo...jest jaki jest nie dlatego, że zrobił się taki sam, tylko dlatego, że macham od lat brzuszki przynajmniej 5 razy w tygodniu, kocham się taką jaką jestem, a nie inną. Bo to właśnie ja: geny mojej mamy, moich babek i prababek, przeszłość przebytych urazów, wspomnienie tego co je ukształtowało i czasu, który płynie. I kocham je bardziej niż kiedyś i chcę kochać, bo to przecież kochanie siebie.
Ach ach, epistoły, (jeszcze się rok akademicki nie zaczął a ja już leję wodę) znowu Dr Jot będzie uśmiechał się pod nosem, a Bartek rzuci jakiś tekst mimochodem..może na gg (i super, Panowie).
A Dziewczyny...nie jesteśmy z żurnala..i bardzo dobrze, to, co w żurnalu jest zwykle płaskie i przereklamowane, a my? My jestesmy super, chude i puchate, niskie, wysokie, z za wąskimi ustami, za szerokimi biodrami itd itp...
P.S. Pamiętam, że za czasów podstawówki moją wielką bolączką i olbrzymim kompleksem był...kształt paznokci, super, prawda? :) Czas wyrosnąć z głupot.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz