Po przedszkolu PG z Juniorem urządzili sobie spacerek, korzystając z faktu, że trawa zielona, drzewa też wykazują inicjatywę, a słońce wyjątkowo nie buntuje sie przed naturalną koleją rzeczy, pomykali radośnie trzymając się za ręce alejkami parku, i chodnikami oświetlonymi kwietniową żarówką.
I gdy tak szli i rozmawiali o wpływie Bena 10 na losy ludzkości i całkiem nowych bucikach , Juniorek zainteresował się rzędem krzyży widocznym przez bramę cmentarza.
-Co to?
-Cmentarz wojskowy.
-Wojskowy?-zainteresował się syn.
-Tak-odrzekła matka.
-To chodź sobie tam pójdziemy-zaproponował Junior.
PG zdziwiła się głupio (głupio, gdyz jak wiadomo, Junior jest mocno zainteresowany wszystkim, co nosi przydomek "wojskowy"), ale słońce świeciło, ptaki śpiewały, więc nie widziała przeciwskazań.Szli zatem po chwili między równymi rzędami krzyży a PG co rusz czytała imiona, lub sam zwrot tylko "nieznany żołnierz". Junior o dziwo sluchał zainteresowany.
-Ale to nie som nasi? To som Niemcy?-zapytał dla pewności.
-No nie, Kotku, wojna to coś złego, to są Polacy, nasi też ginęli.
-Tak dużo???
PG przytkało nieco, ale doszła do wniosku,że wyjaśnianie 4,5 latkowi mechanizmu wojny trąci nieco brakiem perspektyw, więc na potrzeby chwili przyjęła,że wszystkie ofiary Drugiej Wojny leżą na tutejszym cmentarzu.
Dziwny to był spacer, slońce świeciło, Junior był cicho, a PG zdało sie przez moment, że uczestniczy w czymś ważnym...jakby wychowaniu? I wydawało się jej przez ten moment, że uczepiony jej ręki Junior wszystko rozumie. Zapytała nawet nieśmiało:
-Wiesz już, kto leży na tym cmentarzu, Synku?
-Tak - odpowiedzial rezolutnie Junior-tu leżą rycerze, tam łucznicy a tam ci na koniach.
No.