Ostatnimi czasy państwo G znaleźli nowe hobby, w które wsiąkła niczym w ruchome piaski PG pociągając za soba dziecko swe jedyne (tj Juniora, gdyby ktoś nie doczytał).
Najpierw odkryto coś, co nazwać można zapachem stajni, potem świat sztylpów, czapsów i bryczesów, w miedzyczasie nowe sposoby leczenia posiniaczeń.
Junior nie widzi problemu w tym, że konik jest duży, dla niego to pies jak kazdy inny, tyle, że można na nim jeździć, siadać na nim, ćwiczyć, przytulać i karmić marchewką. Instynkt samozachowawczy rozumiany jako lęk przed zrzuceniem u Juniora zwyczajnie nie wystepuje.
Co gorsza...u PG również.
Wsiąkło się PG w nowe hobby, kocha zapach końskiego boku nagrzanego słońcem, uwielbia to poczucie, gdy podczas jazdy pracuje ciało żywej istoty i gada do koni niemożebnie dużo. No i kocha zestaw tekstów , którymi jest popędzana:
-Łopatki ściągnijjjjjjjjjjjjjjjjj!
(Moje czy konia?)
-Ręce wyżej!
(Heeej-hoooo wszyscy razem, rączki w górę!)
-Pięty nisko!
(Wypadną mi z pedałów.)
-Z czego?!
-Przejdź do kłusa! Teraz!
(Ja już dawno przeszłam, tylko koń nie chce.)
Ma PG zatem nowe hobby, wiatr we włosach co czas jakiś, siniaka w kształcie Australii i
wie
że niewiele jest rzeczy które smakują tak
jak pierwszy w życiu
galop.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz