Zaczęło się Offspringiem i tekstem :
"Gdy byliśmy młodzi, nasza przyszłość była taka jasna
Stara dzielnica zaś tętniła życiem
I każdy dzieciak z tej cholernej ulicy
Planował coś osiągnąć i się nie dać
Dziś dzielnica jest już zniszczona i rozdarta
Dzieciaki są dorosłe"
Gdy byliśmy tacy młodzi ..mieszkaliśmy w Zagłębiu. Zagłębie to takie COŚ obok Śląska, część GOPu, te..ech dwadzieścia kilka lat temu bardzo szare i bardzo betonowe.W GOPie żyło się nie w przekonaniu, że się jest dzieckiem pokrzywdzonym skażeniem środowiska* ale ..zupełnie normalnie. Trochę więcej nas uczono o górnictwie,zabierano do fabryk, trochę więcej było kominów na horyzoncie, a w najmniejszej nawet dzielnicy były po trzy, cztery nieźle prosperujące kopalnie/fabryki/przetwórnie/ do wyboru i koloru. Niektórzy na pierwszy dzień szkoły dostawali tytę wypełnioną słodyczami(pewnie czekoladopodobnymi ale kto by wtedy grymasił). Bawiliśmy się jak wszycy wtedy na placach przed blokiem, na podwórkach albo..na ulicy, zwyczajnie, bez lęków o nasze bezpieczeństwo z systemem przywoływania przez okno. Jedni mieli więcej, inni mniej, ale dzieci chyba nie różniły się tak bardzo od dzisiejszych, może mniej nam do szczęścia trzeba było? Nikt nie kojarzył rakiet na placach zabaw z promocją wyścigu zbrojeń (to usłyszałam niedawno), czasem chodziliśmy do opuszczonego, starego pożydowskiego domu z modrzewiu na Warszawskiej. Trzeszczały podłogi w wielkich pokojach, pachniało stęchlizną (nie lubię do dziś tego zapachu), czasem bawiliśmy sie w fundamentach nowo budowanych bloków z wielkiej płyty. Pamiętam że w kałużach zbierała sie woda bordowa od gliny. Częściej dziewczyny skakały w gumę, a po lekcjach wszyscy spotykali się na szkolnym boisku..pokopać piłkę, gdy ktoś akurat miał.
Z boiska szkolnego mam jeszcze jedno wspomnienie..gdy na przerwie zauważyliśmy piękna tęczę..płasko rozpostartą na niebie..podziw i pokazywanie palcami..i smak jodu póżniej bo tęcza była z Czarnobyla.
Wieczorami przez otwarte okno pachniały drzewa z ogrodu sąsiada i słychać było pociągi, choć wtedy nie specjalnie obchodziło mnie, że stary (dziś już zrujnowany) dworzec był częścią Kolei Wiedeńskiej, która tamtędy wiodła. Nad ranem, jeśli było przed deszczem, w powietrzu unosił się..smród z leżącej nieopodal fabryki chemikaliów, nad hutą niebo było zwykle czerwone. Wszystkie dzieci wiedziały, gdzie w czasie wojny powieszono Polaków za pomaganie żydom, mało kto mówił, gdzie dokładnie było getto , a było niedaleko. Wiele domów miało swoją historię pozakręcaną w zawijasach kutych poręczy we wzorach drewnianych drzwi. W moim domu, na bocznej ścianie była cegła, którą można było wyjąć, o której Babcia-nie babcia mówiła, że ktoś tam chował broń we wojnę.Na strychu było lustro, w które bałam się patrzeć a dach domu z czerwonej cegły pachniał papą i smołą i absolutnie nie wolno było wyglądać samemu przez zdejmowany świetlik..co wielokrotnie czyniłam.
Na tej samej Warszawskiej z okienka pan w białym kitlu sprzedawał lody śmietankowe. W niedzielę chodziłyśmy do kina z koleżankami i do dziś pamiętam....czyszczenie czarnych lakierek z paseczkiem tuż przed wejściem. A czarne lakierki pięknie pasowały do białych podkolanek !:) Czasem szliśmy do kina ze szkoły, na ogół na film o rosyjskich gierojach i każdy śmiech był surowo upominany, popcornem nikt nie kruszył..bo nie było:) Raz w tygodniu odbywały sie lekcje religii ..w salkach przy kościele. Była to okazja do pobycia w innym miejscu całą grupą, chyba podchodziliśmy do tego dość poważnie, pomijając jeden pogrzeb który ku przerażeniu siostry (chyba) Chryzanty wyprawiliśmy całą klasą wróblowi (był krzyż i trumna, był nawet wybrany w wolnych wyborach "ksiądz", żałobnicy i wieniec z kwiatków. Chodziliśmy za to powaznie na majowe i roraty, to nie był "obciach" ale raczej poważnie traktowana część kilkuletniego życia. Nasza podstawówka należała do tysiąclatek, krojonych od jednego wzoru, do tego stopnia, że przebywajac w innej miało się swoiste daja vu i od razu wiadomo było gdzie sekretariat a gdzie biblioteka. I były prysznice! Chyba nikt nigdy z nich nie korzystał, ale odbywał sie tam swoisty rytuał fluoryzacji. Szkoła trzymała poziom, co roku miała olimpijczyków i wypuszczała nas do szkół średnich na prawdę dobrze przygotoanych i.... przywiązywano wtedy wielką wagę do kultury fizycznej. Mieliśmy dobrą drużynę koszykówki i miliony godzin na SKSach. Do dziś mam słabość do pomarańczowej piłki.Do końca podstawówki mieliśmy obowiązek ubierania się w kolorze biel/granat/czerń i noszenia tarcz z numerem szkoły na ramieniu.
W poniedziałki zawsze o 8 były apele. Przewodniczący klas zdawali stan klasy przewodniczącej/cemu szkoły a ten dyrektorowi. Dzisiaj to wydaje się ..dziwne. Potem był hymn szkoły "wszystko co nasze Polsce oddamy" i sprawy bieżąe, na ogół nudy, ewentualnie jakieś tam uczczenie czegoś...na przerwach nie wolno było biegać, a gdy ktoś mocno przesadził obowiązywał system spacerów parami w kółko dla wszystkich(fajnie, nie? trochę jak w ZK). Mieliśmy świetnie na owe czasy wyposażone sale i przeróżnych nauczycieli, raz w tygodniu każda klasa sprzątała teren wokół szkoły z grabkami, nie było źle....nie odczuwalismy tego jako krzywdzące....
Wiecie dlaczego tak dopadły mnie wspomnienia? Wczoraj byłam na badaniach, zawsze się tego okrutnie boję i myślę, o jakimś bezpiecznym miejscu do ucieczki z uwagą, myślami...
A dzisiaj...mam studentkę, nazwijmy ją...Śnieżka. Bo własnie tak wygląda ma alabastrową skórę, ciemne włosy, kształtny nosek i piękne karminowe usta. Śnieżka jest taka ...biała, bo przeszła nowotwór. Nie boi się o tym mówić, czasem na zajęciach do tego wracaliśmy, bo jak sama mówi, najgorsze jak sie ludzie boją mówić. Dzisiaj pisała egzamin, po zakończonym powiedziałą,że ...wraca na oddział. Jakoś....boję się o Śnieżkę, mam nadzieję, że jest dzielna i ma swoje bezpieczne miejsce na myśli.Trzymajcie kciuki, jak kto umie, może niech westchnie do Szefa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz