Ostatnie czwartki były nerwowe i pełne napięć, ludzi, którzy czegoś chcieli, chcieli bardziej i należało im się natychmiast, wyników badań swoich nie swoich, spraw, które trzeba było zorganizować w tej chwili, stron, które należało na cito oddać w odpowiednie miejsca, złości, spięć, przemilczeń, które kosztują smak zagryzanych ust.Ignorancji, nonszalancji i braku po ludzku odwagi.
PG ma zwyczaj wieczornych letnich spacerów, takich, które pachną lipami, które kwitną przed domem w sąsiedztwie, z dziećmi,okazjonalnie z PM, pełnych brzęczenia pszczół i pikujących tuż przy nogach jaskółek. A wczoraj wraz z El Nino wracali ze spaceru, gdy oberwało się niebo. Hektolitrami lała się woda, co rusz rozbłyskiwało niebo i z wielkim hukiem ciemniało po horyzont. Burza stała się w kilku minutach, szybko i głośno jak to letnie burze. Wracali w pośpiechu, urządzając bardzo lokalny konkurs mokrego podkoszulka, EN wyciągał wysoko ramionka i najprawdopodobniej nie był to wyraz podziwu a ..kłopot z przyklejonymi rękawkami. PG śmiała się głośno, szczęśliwie, odklejając kosmyki z policzków. "Boże jak mi takich normalnych rzeczy brakuje!" wygarnęła głośno łapiąc oddech po powrocie do domu.
W natłoku spraw, w pogoni, która częściej okazuje się pozbawiona celu tak łatwo pogubić siebie. Nie zamieniłabym na nic domu przepełnionego glosami, które kocham, bałaganem, na który klnę jak szewc, rytmem, który nie jest rytmiczny, ale bije sercem NASZYM wspólnym, nie zrezygnowałabym z tego chyba dla niczego.
Ale są takie chwile jak ta w deszczu, lub te gdy jadąc sama drę japę (vel podejmuję wysiłek wokalny) pospołu z niejaką Nataszą S.P. i wtedy czuję siebie..taką totalnie swoją siebie i ze zdziwieniem jakimś odkrywam, że siebie taką kocham.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz