Rozbłyszczane, rozkrzyczane kolorami kokard wystawy, pluszowe misie, anioły sprzedające opłatki już którąś godzinę z rzędu, tłum przelewa się w kierunku parkingu, w hałasie melodii o wesołych świętach zimny głos mówi "właściciel samochodu o numerach rejestracyjnych..". Biegnę, drepczę, wrzucam do koszyka migdały i rodzynki i jeszcze papier kolorowy na poniedziałek na plastykę. Daję się ponieść fali ludzi, muzyki porzetykanej komunikatami, po których każdy kierowca zastyga na moment jak ważka.
Aż
wtem
nagle
na dwa dni wyjeżdżam w Tatry. Nie, nie sama, w towarzystwie El Nino, żeby, jak mówi mój towarzysz "odpociąć". Pada deszcz, droga się trochę dłuży, EN pyta co 5 minut "czy to już Tatry?", "czy już?", "Już?" Lądujemy na miejscu w pochmurny dzień, lekko zmęczeni, nieco senni...Aby nazajutrz wjechać na Kasprowy, wprost w niezwykłą mieszankę światła, śniegu i błękitu nieba. Jak wprost w ramiona Pana Boga.
Wracając zatem do spraw wstydliwych..nie da się udać tak całkiem dobrze, że Go nie ma.
Zabawny byłby człowiek, który stojąc przed samym Panem Bogiem i patrząc w Jego roześmiane oczy, powiedziałby Mu Prachettowskim "Przepraszam cię bardzo, ale nie jestem przyzwyczajony do transcendencji."
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz