Najgorsze było to,że zawrócili z raz obranej drogi, zapomnieli czegoś z pola namiotowego, PG rzuciła do Kasi,że trzeba koniecznie usiąść , pośmiały się a potem miały w demonstracyjnej pogardzie przesądy ludowe.
Niesłusznie.
Czerwony samochód o dużej strefie zgniotu ciął łagodnie jezdnię.
W drugim rzędzie siedział Junior, Łukasz i Tomek, w trzecim Kasia i Robert, PG z PM zajęli lożę tuż za przednią szybą.Przed nimi było jakieś 700 km, ale zdecydowali "zrobić " jeszcze Twierdzę Świnoujście, latarnię morską tudzież wiatrak.
Na parkingu (o europejskim standardzie) w Świnoujściu zakopali się po same drzwi, nie pomogła saperka , popychanie siła mięśni zmęczonej wycieczki, wołanie o pomoc, rozdzieranie szat i japy.Stali w piachu, a słońce demonstrowało sierpień w wydaniu afrykańskim.tubylcy przybyli z odsieczą, w zasadzie pan, ktory był kolega pana, który miał brata, który pracował na tym parkingu w sposób niespodziewany pojawił się z wlasnym busem i linką holowniczą.
Kiedy już wycisnął łzy wzruszenia z gadułowych oczu, rzeczony bus wyciągnął czerwony samochód o dużej strefie zgniotu z piasku,a kierowca wyciagający zainkasował dowód wdzięczności, pan "Dobry Uczynek" rzucił "pani ja tu już 10 lat wyciągam" co nieco wyjaśniło PG schemat samopomocy tutejszej ludności w kwestii dorobienia sobie.
W Twierdzy Świnoujście oprowadzają kustosze w mundurach , przy okazji robiąc musztrę oprowadzanym, podpowiem-nie wszyscy sa tym zachwyceni. W każdym razie Junior z rodziną uznali,ze nie bedą startowac w tych zawodach. Zwiedzali sami.
Juniorowi najbardziej podobala się armata, PG łazienka z ciepłą wodą i mydłem.
Latarnia okazała się wyzwaniem tylko dla czworga śmiałków tj, PG z Juniorem i Kasi z Robertem, wysoko było i z deka męcząco, na górze wycieczka uznała,że wiatrak to już następnym razem, bo coś późno się robiło jakby nieco.
Ruszyli.
Na osiemdziesiątym kilometrze zatrzymał ich sierżant Sierżant informując, że mają jedno dodatkowe zdjęcie z wakacji.
Jedno z droższych dodajmy.
Pojechali razem, PM z miną zasępioną, reszta brechtała się pod nosem.
Na dwusetnym kilometrze Junior zdecydował ,że już wystarczy, bo jest zmęczony i ogólnie czas zakończyć podróż-dał sie przekonać opakowaniem groszków.
Na dwustudziewięćdziesiątym kilometrze tir pogubił skrzynki z piwem
Radości bylo ceoniemiara.
Zwłaszcza przy wymijaniu.
Około trzystapietnastego kilometra PM dostrzegł w lusterku wstecznym ścigający ich pojazd policji, kogut błyskał, pojazd mknął.
-Nie, no @#$% nie mów,że nas policja ściga.
Nikt tak nie powiedział
ani słowa, ale gdy
oznakowany pojazd policji minął ich skręcając w lewo, słychać było jak wszyscy oddychają z ulgą.
Zatem...jeśli następnym razem trzeba się będzie wrócić, trzeba wyjść, usiąść, policzyć do pięciu-PG wie, PG pytała ekspertów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz